Stałem na werandzie z kubkiem kawy, gdy usłyszałem krzyk kobiety. Zanim zdążyłem pomyśleć, ruszyłem w jego stronę. Znalazłem czterech Comancheros i dwie związane Apaczki. Jedna z nich spojrzała na…

Wódz Apaczów stał przed rozpadającym się domem Thomasa Whitfielda, a jego poorana twarz była niewzruszona jak kamień. Za nim siedziało nieruchomo czterdziestu wojowników na pomalowanych koniach. Ich milczenie było bardziej przerażające niż jakikolwiek okrzyk wojenny. Strzelba Thomasa leżała bezużyteczna w kurzu, tam gdzie kazano mu ją porzucić.

Thumbnail

„Dotknąłeś moich córek” – powiedział wódz, złamana włócznia, a jego głos niósł się przez zakurzone podwórze niczym grzmot zapowiadający burzę. Thomas przełknął ślinę. Uratował te kobiety, zrobił to, co słuszne. To dlaczego miał wrażenie, że zaraz za to zginie?

To, co wódz powiedział później, miało zmienić nie tylko życie Thomasa, ale całą przyszłość terytorium Arizony. Wszystko zaczęło się trzy dni wcześniej, w październiku 1873 roku, w dolinie Prescott, na terytorium Arizony. Poranne słońce wpełzało nad góry Bradshaw niczym rozlany miód, malując pustynne podłoże w odcieniach bursztynu i rdzy. Thomas Whitfield stał na zapadającej się werandzie z blaszanym kubkiem gorzkiej kawy stygnącej w jego zrogowaciałych dłoniach, obserwując, jak światło przemienia jego podupadłe ranczo w coś niemal pięknego.

Niemal. Słupki ogrodzenia pochylały się pijacko jedno na drugie. Dach stodoły miał dziurę wielkości koła od wozu. Trzy ostatnie krowy pasły się bezwładnie przy wyschniętym korycie strumienia.

Ich żebra prześwitywały przez skórę niczym oskarżenie. Studnia od dwóch miesięcy ledwo dawała wodę, a letnie monsuny nie nadeszły. Gorący wiatr unosił kurz, niosąc ze sobą zapach szałwii i czegoś jeszcze, czegoś metalicznego, czego Thomas nie potrafił rozpoznać. Zmrużył oczy, spoglądając w kierunku wschodniego horyzontu, gdzie ziemia przechodziła w skaliste wzgórza.

Nic się nie poruszało poza samotnym sępem, leniwie krążącym w prądach termicznych. Thomas miał trzydzieści cztery lata, ale terytorium postarzało go ponad miarę. Głębokie zmarszczki biegły od oczu do szczęki. Jego brązowe włosy zaczęły siwieć przy skroniach, a dłonie, które kiedyś marzyły o trzymaniu kodeksów prawniczych w Pensylwanii, były teraz szorstkie jak stare, skórzane rękawice, na zawsze zabarwione czerwoną ziemią Arizony.

Wypił ostatni łyk kawy i odstawił kubek na poręcz werandy. Drewno jęknęło pod nawet tak lekkim ciężarem. „Kolejny dzień w raju” – mruknął do siebie. Jego klacz, siwa o imieniu Cierpliwość, zarżała z zagrody, jakby chciała odpowiedzieć.

Była jedynym stworzeniem na tej ziemi, które zdawało się jeszcze go rozumieć. Thomas właśnie odwracał się, by wejść do środka, gdy to usłyszał. Dźwięk, który tu nie pasował – kobiecy krzyk, odległy, ale wyraźny, rozcinający poranną ciszę jak nóż tkaninę. Zastygł.

Krzyk rozległ się ponownie, a po nim śmiech mężczyzn. Ostry śmiech, taki, który zapowiadał kłopoty. Thomas spojrzał na swoje puste dłonie, potem na strzelbę wiszącą nad kominkiem. Pomyślał o napadach Apaczów, które przez całe lato nawiedzały dolinę.

Pomyślał o ostrzeżeniach z fortu Whipple, by nie oddalać się zbytnio od domu. Pomyślał, że to nie jego sprawa, że mieszanie się w cudze problemy zrujnowało mu życie na wschodzie. Wtedy usłyszał trzeci krzyk. Urwany, jakby ktoś zatkał kobiecie usta dłonią.

Thomas Whitfield podejmował w życiu wiele złych decyzji, ale odejście od kogoś w potrzebie nie miało być jedną z nich. Sięgnął po strzelbę. Thomas Whitfield nie zawsze był nieudanym ranczerem na końcu świata. Siedem lat temu był Thomasem Whitfieldem, Esquire, obiecującym młodym adwokatem w Filadelfii, zaręczonym z córką senatora stanowego, przeznaczonym do życia w dostatku i z wpływowymi znajomościami.

Jego przyszłość była tak świetlana, że aż bolało patrzeć. Wtedy popełnił błąd, biorąc sprawę, której nikt inny nie chciał. Właściciel fabryki zatrudniał dzieci i doprowadzał je do śmierci w swoich zakładach włókienniczych. Dosłownie.

Trójka z nich zginęła w ciągu pół roku. Ich małe ciała wciągnięte przez maszyny, które nie powinny były działać bez odpowiednich zabezpieczeń. Rodziny nie miały pieniędzy, władzy ani głosu. Thomas im go dał.

Wygrał sprawę. Właściciel fabryki zapłacił odszkodowanie. Zażądano reform. Przez chwilę Thomas był bohaterem klasy robotniczej Filadelfii, a potem przyjaciele właściciela fabryki, ludzie z zarządów banków kontrolujący kontrakty transportowe, szepczący do uszu sędziów, dopilnowali, by Thomas Whitfield już nigdy nie mógł praktykować prawa.

Jego zaręczyny się rozpadły. Rodzina zawstydzona skandalem przestała odpisywać na jego listy. Jego nazwisko stało się synonimem problemów. Więc Thomas zrobił to, co od zarania republiki robili zdesperowani ludzie.

Pojechał na zachód. Kupił tę ziemię za resztki oszczędności, przekonany, że może zacząć od nowa, zbudować coś uczciwego własnymi rękami. To było cztery lata temu. Od tamtej pory ziemia nieustannie z nim walczyła.

Ale gdzieś pod tą spaloną słońcem powłoką nadal tkwił prawnik. Człowiek, który nie potrafił odwrócić się od niesprawiedliwości. Człowiek, który wciąż wierzył, mimo wszystkiego, że robienie tego, co słuszne, ma znaczenie, nawet jeśli przynosiło tylko cierpienie. To właśnie ten człowiek osiodłał Cierpliwość i ruszył w stronę krzyku.

Thomas znał Comancheros tak, jak wszyscy w tym terytorium znali grzechotniki. Nauczył się rozpoznawać oznaki i trzymać się z daleka. Technicznie byli handlarzami, ludźmi, którzy wymieniali z plemionami Komanczów i Apaczów whisky, broń i amunicję na konie, bydło i jeńców. Ci ostatni byli najgorszym elementem tej układanki.

Głównie kobiety i dzieci, porywane podczas napadów i sprzedawane za granicą do Meksyku, gdzie znikały w życiu, o którym nie mówiło się w towarzystwie. Armia od lat próbowała położyć kres handlowi Comancheros, z takim samym skutkiem, jak Thomas próbował zmusić swoje plony do wzrostu. Czego Thomas nie wiedział i co miał dopiero odkryć, to że jechał prosto na czterech z najgroźniejszych Comancheros na terytorium, a oni właśnie schwytali coś cenniejszego niż złoto. Ajana i Nalin nie były zwykłymi kobietami z plemienia Apaczów.

Były córkami wodza Złamana Włócznia, przywódcy wojennego Apaczów z Gór Białych i jednego z najbardziej szanowanych i budzących strach ludzi na południowym zachodzie. Ich matką była Meksykanka, niegdyś jeniec, wysoka i uderzająco piękna, która przekazała córkom zarówno swój wzrost, jak i dzikie piękno, zanim zmarła na gorączkę, gdy były jeszcze małe. Ajana miała dwadzieścia cztery lata i prawie metr osiemdziesiąt wzrostu. Była wyższa od większości mężczyzn, białych i Apaczów.

Jej siostra Nalin, młodsza o dwa lata, była tylko o kilka centymetrów niższa. Wśród swojego ludu ich wzrost uważano za oznakę duchowej siły, dar od duchów gór. Ojciec wychowywał je tak, jakby były synami. Nauczył je jeździć konno, tropić i przetrwać w bezlitosnej krainie.

Podróżowały, by spotkać się z kuzynami w pobliżu rzeki Salt River, gdy natknęli się na nie Comancheros – czterech przeciwko dwóm. Siostry walczyły. Nalin złamała jednemu z nich nos, a Ajana rozdrapała twarz drugiemu. Ale ostatecznie sznury i kolby strzelb wzięły górę.

Teraz leżały związane w wyschniętym korycie, ich sukienki z jeleniej skóry porwane, miedziana skóra pokryta siniakami, a ciemne oczy płonęły furią, która przestraszyłaby każdego rozsądnego mężczyznę. Ale Comancheros nie byli rozsądni. „Córki wodza” – powiedział ich przywódca, szczupły mężczyzna o imieniu Cord Brenan, którego uśmiech zdradzał brak trzech zębów. „Wiecie, ile zapłacą w Sonorze za córki wodza?

Tyle, że można przejść na emeryturę, chłopcy. Tyle, żeby już nigdy nie musieć pracować. ”

„Wódz po nie przyjdzie” – odezwał się nerwowo inny. Był młody, ledwie po chłopięcych latach, i co chwila zerkał na otaczające wzgórza.

„Wódz nie będzie wiedział, gdzie szukać” – odparł Brenan. „Zanim się połapie, te dwie będą w połowie drogi do Mexico City. Przestań się więc martwić i pomóż mi wsadzić je na konie. ”

Ajana spojrzała na siostrę.

Nie potrzebowały słów. Porozumiewały się bezgłośnie od dzieciństwa. „Poczekaj” – mówiło spojrzenie Ajany. „Wypatruj okazji.

” Odpowiedź Nalin była czystym buntem. „Prędzej zginę, niż pozwolę się zabrać. ” „Wtedy zginiemy walcząc” – odpowiedziała bezgłośnie Ajana. „Ale jeszcze nie.

Jeszcze nie. ”

Żadna z nich nie zauważyła samotnego jeźdźca nadjeżdżającego z zachodu ze strzelbą w dłoni, mężczyzny, który miał zmienić wszystko. Thomas dotarł na grzbiet wzgórza i zobaczył ich w dolinie poniżej. Czterech mężczyzn, dwa konie objuczone zapasami i dwie kobiety leżące związane na ziemi.

Serce mu zamarło. Spodziewał się, sam nie wiedział czego. Może oszukanych osadników, napadu na wóz, czegoś, od czego mógłby się odwrócić, uznając, że nie da się pomóc. To nie było to.

Nawet ze stu metrów widział, że kobiety były Indiankami, pewnie Apaczkami, sądząc po stroju. A mężczyźni stojący nad nimi wyglądali jak Comancheros – twardzi, spieczeni od słońca, brutalni. Dłonie Thomasa zacisnęły się mocniej na strzelbie. Był sam, jeden przeciwko czterem.

Miał może dwadzieścia nabojów i nigdy nie był lepszy niż przeciętny strzelec, nawet w idealnych warunkach. „Odejdź stąd! ” – krzyczał rozsądny głos w jego głowie. „To nie twoja walka.

Nic nie jesteś tym kobietom winien. Tylko się zabijesz. ”

Ale wtedy jeden z Comancheros kopnął wyższą kobietę w żebra, a Thomas usłyszał jej bolesny jęk, który poniósł się do niego z porannym powietrzem. „Cholera jasna” – szepnął.

Cofnął Cierpliwość za grzbiet wzgórza, zsiadł i zaczął schodzić pieszo, kryjąc się za krzakami i głazami. Serce waliło mu o żebra. Pot spływał mu do oczu mimo porannego chłodu. „Jaki masz plan?

” – zapytał sam siebie. „Co właściwie zamierzasz zrobić, gdy już tam dojdziesz? ”

Nie miał odpowiedzi, po prostu szedł dalej. Pięćdziesiąt jardów, czterdzieści, trzydzieści.

Słyszał ich teraz wyraźnie. Męskie głosy niosły się po dolinie. „Zwiąż je mocniej. Ta wysoka prawie się wydostała w nocy.

„To spróbuj sam. Ugryzła Jake’a aż do kości, bo Jake to dureń. ”

„Trzeba im pokazać, kto tu rządzi. Jak z dzikim koniem.

Szczęki Thomasa zacisnęły się tak mocno, że aż go rozbolały zęby. Zajął pozycję za głazem, uniósł strzelbę i namierzył mężczyznę, który wyglądał na przywódcę. Tego z brakującymi zębami, który najwięcej mówił. Dwadzieścia jardów.

Wystarczająco blisko, żeby trafić. „Może teraz albo nigdy” – pomyślał, a potem z chłodem, którego nie czuł naprawdę: „Umrzesz, Tomasie Whitfieldzie. Oby było warto. ”

Wstał, celując z karabinu.

„Ani kroku dalej. ”

Cztery głowy gwałtownie się odwróciły. Cztery dłonie sięgnęły po broń. „Nie.

Pierwszy, który sięgnie po broń, dostanie kulę w łeb. ”

Nie był pewien, czy przywódca rzeczywiście nazywa się Brenan. Zgadywał, bazując na liście gończym, który widział w Prescott sześć miesięcy temu. Ale błysk w oczach mężczyzny powiedział mu, że trafił.

„No, no! ” – powiedział Brenan powoli, unosząc ręce z dala od kabury. „Kogoż to mamy? Bohatera?

„Jestem człowiekiem z karabinem wymierzonym w twoją głowę. Tyle musisz wiedzieć. ”

„Robisz błąd, panie” – odezwał się inny Comanchero, wielki facet z blizną od czoła po brodę. „Nie wiesz, z kim masz do czynienia.

„Wiem dokładnie. Teraz rozwiążcie te kobiety i znikajcie. ”

Brenan się zaśmiał. Brzmiało to paskudnie.

„Myślisz, że sam pokonasz nas czterech? ”

„Myślę, że zabiję ciebie, zanim którykolwiek z nich wyciągnie broń. A twoi koledzy mogą nie być tacy odważni, kiedy twój mózg wyląduje w piachu. ”

Bliznowaty i Brenan spojrzeli po sobie.

Thomas widział, jak liczą odległość, szanse, kąty. Jego palec coraz mocniej naciskał spust. „Rozwiąż je! ” – powiedział w końcu Brenan.

„Jake, do roboty. ”

Najmłodszy Comanchero, nerwowy chłopak z krwawym bandażem na ręce, ruszył w stronę związanych kobiet. Thomas śledził go kątem oka, nie spuszczając lufy z Brenana. Jake uklęknął przy wyższej kobiecie i zaczął przecinać jej więzy nożem.

Patrzyła na niego oczami jak czarne płomienie, nieruchoma, niemal bez tchu. W chwili, gdy jej ręce były wolne, zaatakowała. Stało się to tak szybko, że Thomas prawie to przegapił. Jeszcze sekundę wcześniej Jake przecinał ostatni sznur, a zaraz potem leżał na plecach, wrzeszcząc z nożem wbitym w ramię.

Kobieta poderwała się z niesamowitą gracją, złapała upuszczony pistolet Jake’a i strzeliła dwa razy. Raz w pierś bliznowatego, raz w nogę trzeciego Comanchero. Brenan sięgnął po broń. Thomas strzelił.

Huk karabinu odbił się echem od ścian kanionu, mieszając się ze strzałami z pistoletu i wrzaskami mężczyzn. Brenan obrócił się bokiem, złapał za brzuch i upadł. Nie był martwy. Thomas widział, że się rusza, próbując doczołgać się do konia, ale był wyeliminowany z walki.

Wysoka kobieta już uwalniała siostrę, dymiącym pistoletem w wolnej dłoni. Młodsza zerwała się, klnąc po apacku, chwyciła karabin jednego z martwych i zamachnęła się nim jak pałką na bliznowatego, który próbował wstać. Już się nie podniósł. Nie minęło nawet trzydzieści sekund, a wszystko było skończone.

Thomas stał nieruchomo z karabinem wciąż wymierzonym w pustkę, dzwonieniem w uszach i sercem, które zdawało się zaraz wyrwać z piersi. Poranek, który zaczął się tak zwyczajnie, zmienił się w rzeźnię. Wysoka kobieta spojrzała na niego. Była wspaniała, to za mało powiedziane.

Może przerażająca, na pewno piękna, ale było w niej coś więcej. Coś dumnie dzikiego, coś królewskiego, co przywodziło Thomasowi na myśl wojownicze królowe ze starych opowieści. Wycelowała w niego pistolet. „Kim jesteś?

„Ja? ” – gardło Thomasa wyschło. „Jestem tym, który właśnie uratował ci życie. ”

„Zabiłeś jednego” – powiedziała kobieta.

Jej angielski był wyraźny, choć z akcentem. „Ja zabiłam dwóch, moja siostra jednego. Uratowałyśmy się same. ”

Thomas musiał przyznać, że miała rację.

„Nazywam się Thomas Whitfield. Mam ranczo jakieś dwie mile na zachód. Usłyszałem krzyk. ” – powoli opuścił karabin, starając się wyglądać na niegroźnego.

„Nie wiedziałem, kim jesteście. Wiedziałem tylko, że ktoś potrzebuje pomocy. ”

Oczy kobiety zwęziły się. Obserwowała go jak jastrząb mysz, zastanawiając się, czy zaatakować, czy poczekać.

„Jesteś bardzo głupi” – powiedziała w końcu. „Przyszedłeś tu sam przeciwko czterem mężczyznom. ”

„Pewnie tak” – zgodził się Thomas. „Ale nie mogłem po prostu nic nie zrobić.

Coś się zmieniło w jej wyrazie twarzy. Nie do końca złagodniała, ale napięcie drapieżnika nieco ustąpiło. Opuściła broń. „Jestem Ajana” – powiedziała.

„To moja siostra Nalin. Nasz ojciec to Złamana Włócznia. ”

Thomas poczuł, jak odpływa mu krew z twarzy. Wszyscy na terytorium znali Złamaną Włócznię.

Był legendą. Dla jednych koszmarem, dla innych bohaterem. Powstrzymał armię w kanionie Salt River. Dowodził napadami od Tucson po Santa Fe.

Mówiono, że zabił trzydziestu ludzi własnymi rękami, a Thomas właśnie uratował jego córki. „Widzę, że znasz to imię” – powiedziała Ajana, a w jej głosie po raz pierwszy pojawił się cień ponurego humoru. „Każdy je zna. ”

„Więc wiesz, że musimy wrócić do naszego ludu szybko.

Nalin przemówiła szybko po apacku, wskazując na wschodnie wzgórza. Ajana odpowiedziała w tym samym języku, a potem zwróciła się do Thomasa. „Moja siostra mówi, że powinieneś iść z nami. Mówi, że ojciec będzie chciał ci podziękować.

Sposób, w jaki wypowiedziała „podziękować”, nie brzmiał zbyt wdzięcznie. „Doceniam propozycję” – powiedział ostrożnie Thomas. „Ale powinienem wrócić na ranczo. Moje bydło.

„To nie była propozycja. ”

Nalin podeszła od tyłu, gdy jej siostra mówiła. Thomas poczuł coś twardego przy kręgosłupie. Lufa karabinu.

„Widziałeś nas” – kontynuowała Ajana. „Wiesz, kim jesteśmy. Wiesz, dokąd zmierzałyśmy. W naszej ziemi taka wiedza jest niebezpieczna.

„Nikomu nie powiem. ”

„Wiem, że nie powiesz. ” – Ajana się uśmiechnęła. To nie był uspokajający uśmiech.

„Pojedziesz z nami. ”

Thomas spojrzał na ciała Comancheros, na krew wsiąkającą w suchą ziemię, na dwie potężne kobiety, które trzymały jego życie w dłoniach. Trzeba było zostać na werandzie, pomyślał. Ale jakaś część niego, ta, która przyjęła sprawę dzieci, ta, która ruszyła w stronę krzyku, wiedziała, że to nieprawda.

Podjął decyzję. Teraz musiał z nią żyć albo umrzeć. Jechali na wschód przez całe popołudnie, wspinając się w góry, podczas gdy słońce rysowało łuk ku horyzontowi. Thomas jechał między siostrami, Ajana z przodu, Nalin z tyłu, boleśnie świadomy, jak łatwo mogłyby go zabić, gdyby spróbował uciec.

Ucieczka i tak nie miała sensu. Byli już na ziemiach Apaczów. Nawet gdyby udało mu się uciec siostrom, nigdy nie dotarłby żywy z powrotem na ranczo. Więc jechał w milczeniu, obserwując, jak krajobraz zmienia się z pustynnych krzaków w lasy sosnowe, z czerwonych skał w granitowe szczyty.

Powietrze stawało się chłodniejsze, zapach kurzu ustępował miejsca ostrej woni igliwia. Ajana dosiadła jednego z koni Comancheros, silnego kasztana, który zdawał się wdzięczny, że uwolnił się od poprzedniego właściciela. Nalin jechała drugim, zostawiając ich własne konie, gdziekolwiek były ukryte, do odebrania później. Thomas pozostał na Cierpliwości, która zachowywała zaskakujący spokój, mimo że była prowadzona w samo serce terytorium Apaczów.

„Mądra klacz” – pomyślał Thomas. „Wie, że nie ma innego wyjścia, tylko iść dalej. ”

Gdy cienie się wydłużyły, Ajana zarządziła postój przy potoku zasilanym przez źródło. „Tutaj odpoczniemy” – powiedziała.

„Do obozu jej ojca dotrzemy jutro w południe. ”

Thomas zsiadł sztywno z konia. Każdy mięsień bolał od jazdy. Nie jechał tak długo od swojego pierwszego roku w Arizonie, kiedy jeszcze wierzył, że ciężką pracą zmusi ziemię do współpracy.

„Jesteś zmęczony” – zauważyła Ajana. Zbudowała małe ognisko z wprawą wynikającą z lat praktyki. „Nie jestem przyzwyczajony do porwań. ”

„Nie zostałeś porwany” – podała mu pasek suszonego mięsa.

„Zostałeś zaproszony pod lufą. Od wielu godzin nie celujemy do ciebie z broni. ” – w jej oczach błysnęło coś, co mogło być rozbawieniem. „Jesteś wolny.

Możesz odejść, kiedy zechcesz. ”

Thomas rozejrzał się po ciemniejącym lesie, nieznanych górach, dziczy ciągnącej się kilometrami w każdą stronę. „Zostanę. ”

„Mądrze.

Nalin powiedziała coś po apacku, a Ajana się zaśmiała. Szczerze, ciepło i niespodziewanie. Odpowiedziała w tym samym języku, a Nalin również wybuchnęła śmiechem. „Co was tak bawi?

” – zapytał Thomas. „Moja siostra mówi, że jak na białego masz świetny instynkt przetrwania. ”

„To chyba komplement. ”

„I to jaki.

” – wyraz twarzy Ajany spoważniał. „Większość białych mężczyzn uciekłaby albo by walczyła, albo błagała. Ty nie zrobiłeś nic z tego. ”

„Czy coś z tego by pomogło?

„Nie. ”

„To po co tracić energię? ”

Ajana przyglądała mu się przez ogień. Płomienie tańczyły na jej twarzy, podkreślając ostre kości policzkowe i mocną linię szczęki.

„Dlaczego nam pomogłeś? ” – zapytała w końcu. „Jesteśmy Apaczkami. Twoi ludzie nas nienawidzą.

Boją się nas. Nie miałeś z tego żadnej korzyści. ”

Thomas powoli przeżuwał suszone mięso, zastanawiając się, jak odpowiedzieć. „Kiedyś byłem prawnikiem” – powiedział w końcu.

„Na wschodzie. Wziąłem kiedyś sprawę dzieci skrzywdzonych przez wpływowego człowieka. Wszyscy mówili, żebym jej nie brał, że zrujnuję sobie życie dla niczego. ”

„Wygrałeś.

„Wygrałem sprawę. Straciłem wszystko inne. Ale i tak zrobiłbym to jeszcze raz. ”

„Dlaczego?

„Bo są rzeczy ważniejsze niż wygrana, ważniejsze nawet niż przetrwanie. Kiedy usłyszałem wasze krzyki, nie widziałem Apaczek. Widziałem po prostu dwie osoby, które potrzebowały pomocy. ”

Ajana milczała przez dłuższą chwilę.

Ogień trzaskał między nimi. „Jesteś bardzo dziwny” – powiedziała w końcu. „Już to słyszałem. ”

Nalin znów coś powiedziała.

Tym razem dłużej. Ajana słuchała. Potem powoli skinęła głową. „Moja siostra mówi, że może nasz ojciec cię nie zabije.

„To pocieszające. ”

Resztę posiłku zjedli w milczeniu. Thomas położył się na twardej ziemi, używając siodła jako poduszki, wpatrzony w gwiazdy rozsypane po niebie Arizony jak diamenty na czarnym aksamicie. Gdzieś tam na odludziu jego ranczo pewnie rozsypywało się bez niego.

Bydło najpewniej się rozchodziło. Kojoty prawdopodobnie stawały się coraz odważniejsze. Ale po raz pierwszy od lat Thomas nie czuł się samotny. Nie był pewien, czy to dobrze, czy bardzo, bardzo źle.

Do obozu Apaczów dotarli krótko po południu następnego dnia. Thomas spodziewał się czegoś małego, kilku wikiupów, paru koni, garstki wojowników. To, co zobaczył, zaparło mu dech w piersiach. Obóz rozciągał się szeroko w górskiej dolinie, chronionej z trzech stron stromymi urwiskami, dostępnej tylko przez wąski kanion, którego dziesięciu ludzi mogłoby bronić przed całą armią.

Setki wikiupów pokrywały dno doliny. Konie pasły się w liczbach, przy których jego trzy sztuki bydła wyglądały żałośnie. Kobiety krzątały się przy ogniskach, a dzieci śmiały się, biegając przez wysoką trawę. To nie był obóz, to było miasto.

„Lud mojego ojca” – powiedziała Ajana z wyraźną dumą. „Apacze Gór Białych. Trzysta rodzin, tysiąc wojowników. ”

Thomas poczuł się bardzo, bardzo mały.

Wiadomość o ich przybyciu jakoś ich wyprzedziła. Znaki dymne albo strażnicy, których nigdy nie dostrzegł, pomyślał. Gdy wjechali do doliny, ludzie zaczęli gromadzić się wzdłuż ścieżki. Oczy ich śledziły.

Szepty unosiły się w powietrzu. Palce wskazywały na białego mężczyznę na siwej klaczy. Thomas patrzył przed siebie z rękami widocznymi. Nigdy wcześniej nie czuł się tak bardzo obserwowany.

Zatrzymali się przed największym wikiupem w obozie, ozdobionym malowanymi symbolami, których Thomas nie rozpoznawał. Przy wejściu stali dwaj wojownicy z twarzami bez wyrazu i rękami spoczywającymi na nożach. „Poczekaj tutaj! ” – powiedziała Ajana.

Ona i Nalin zsiadły z koni i zniknęły w środku. Thomas pozostał na Cierpliwości, otoczony coraz liczniejszym tłumem ciekawskich. Mały chłopiec podszedł na tyle blisko, że dotknął boku klaczy, po czym uciekł z chichotem, gdy Thomas na niego spojrzał. Stara kobieta wpatrywała się w niego załzawionymi oczami i mruknęła coś, co rozbawiło stojących obok.

Minuty mijały. Słońce grzało coraz mocniej. Pot spływał Thomasowi po plecach. „Tak umrę” – pomyślał, siedząc na koniu, czekając, aż wódz zdecyduje, czy go zabić.

Zasłona wikiupu uniosła się. Wyszła Ajana, a za nią Nalin. „Ojciec cię przyjmie” – powiedziała. „Zejdź z konia, zostaw broń przy siodle.

Thomas zszedł, rozpiął pas z bronią i zawiesił go na siodle Cierpliwości. Wziął głęboki oddech. „Jakieś rady? ”

Ajana zastanowiła się.

„Nie kłam. Mój ojciec zawsze wie, kiedy ktoś kłamie. I nie okazuj strachu. ”

„A jeśli się boję?

„Ukryj to. ” – prawie się uśmiechnęła. „Myślę, że jesteś w tym dobry. ”

Thomas ruszył w stronę wejścia do wikiupu, a Ajana i Nalin szły po jego bokach.

Strażnicy nie drgnęli, gdy przechodził, ale czuł ich wzrok na plecach. W środku panował półmrok i chłód, oświetlany małym ogniskiem pośrodku. Dym unosił się przez otwór w dachu, niosąc ze sobą zapach palonej szałwii. Skóry zwierząt pokrywały ziemię.

Na drewnianym szkielecie wisiała broń – łuki, włócznie, strzelby, noże wszelkiej wielkości. A na końcu, siedząc na stercie futer, był Złamana Włócznia. Wódz był starszy, niż Thomas się spodziewał. Może blisko tego wieku.

Włosy miał całkiem siwe, związane do tyłu w sposób podkreślający ostre rysy twarzy. Jego oczy miały kolor obsydianu i nosiły w sobie ciężar doświadczeń, który sprawiał, że trzydzieści cztery lata Thomasa wydawały się niczym. Ale najbardziej uderzająca była jego nieruchomość. Złamana Włócznia siedział całkowicie bez ruchu, niemal nie oddychając, obserwując Thomasa jak góra wspinacza – cierpliwie, wiecznie, całkowicie obojętnie na ludzkie sprawy.

„Siadaj” – powiedział wódz. Thomas usiadł. Przez długą chwilę nikt się nie odezwał. Ogień trzaskał.

Na zewnątrz słychać było dźwięki obozu – bawiące się dzieci, szczekające psy, rytmiczne uderzenia kobiet mielących kukurydzę. „Moje córki mówią, że je uratowałeś” – powiedział w końcu Złamana Włócznia. Mówił po angielsku lepiej niż Ajana, niemal starannie, jakby spędził czas wśród wykształconych białych ludzi. „Mówią, że ruszyłeś sam przeciwko czterem Comancheros, że mogłeś zginąć.

„Mogłem” – przyznał Thomas. „Dlaczego to? ”

Padło to samo pytanie, które wcześniej zadała Ajana. Thomas udzielił tej samej odpowiedzi.

„Bo potrzebowały pomocy. Bo nie mogłem po prostu odjechać. ”

Wyraz twarzy Złamanej Włóczni się nie zmienił. „Wielu białych powiedziałoby, że jesteśmy ich wrogami, że Apaczki zasługują na to, co je spotyka.

„Wielu białych się myli. ”

„Wierzysz w to? ”

„Wierzę, że ludzie to ludzie, że okrucieństwo to okrucieństwo. Niezależnie od tego, czy dotyczy białych, Apaczów, czy kogokolwiek innego.

Wierzę, że ci Comancheros, którzy porwali twoje córki, byli złymi ludźmi, a powstrzymanie złych ludzi nigdy nie jest błędem. ”

Złamana Włócznia milczał długo. Thomas czuł, jak mimo chłodu jego dłonie pokrywa pot. „Przeżyłem sześćdziesiąt trzy zimy” – powiedział w końcu wódz.

„Znałem wielu białych – handlarzy, żołnierzy, księży, polityków. Wszyscy czegoś chcieli od mojego ludu. Wszyscy mówili o pokoju, planując wojnę. Wszyscy kłamali.

” – pochylił się lekko do przodu. „Nie sądzę, żebyś kłamał. ”

Thomas wypuścił oddech, którego nawet nie zauważył, że wstrzymywał. „Ale nie jestem pewien” – kontynuował Złamana Włócznia.

„Zostaniesz więc z nami. Będziesz żył wśród nas. Moje córki będą cię obserwować. Kiedy będę pewien, jakim jesteś człowiekiem, zdecyduję, co z tobą zrobić.

„A jeśli uznasz, że kłamałem? ”

Złamana Włócznia uśmiechnął się. Był to pierwszy wyraz, jaki Thomas zobaczył na jego twarzy. I nie był to uśmiech uspokajający.

„Wtedy nigdy nie opuścisz tej doliny. ”

Thomas spędził wśród Apaczów trzynaście dni. Bez wątpienia był to najdziwniejszy okres w jego życiu. Początkowo był niemal więźniem.

Stale obserwowany, mógł się swobodnie poruszać po obozie, ale nigdy poza nim. Odzywano się do niego tylko, gdy to było konieczne. Ludzie patrzyli na niego z podejrzliwością w najlepszym wypadku, a z jawną wrogością w najgorszym. Dzieci rzucały w niego kamieniami.

Wojownicy przecinali powietrze palcem po gardle, gdy przechodził. Jeden starzec pluł mu pod nogi każdego ranka, bez wyjątku. Ale z czasem coś zaczęło się zmieniać. Zaczęło się od drobnych rzeczy.

Pomoc kobiecie, której wyślizgnął się dzban z wodą. Naprawa złamanego trawoju, z którym młody wojownik nie mógł sobie poradzić. Pokazanie grupie zaciekawionych chłopców, jak rzeźbić w drewnie – umiejętność, którą przekazał mu dziadek dawno temu. Obóz zaczął patrzeć na niego inaczej.

Nie jak na wroga, ale jak na coś bardziej złożonego. Dziwne zjawisko – biały mężczyzna, który pracował własnymi rękami i nie oczekiwał, że będzie obsługiwany. Coś dziwnego, wartego obserwacji, ale nie od razu śmierci. Ajana patrzyła na to wszystko z wyrazem twarzy, którego Thomas nie potrafił odczytać.

„Zdobywasz przyjaciół” – zauważyła któregoś wieczoru, gdy Thomas pomagał naprawić dziurę w wikiupie starszego małżeństwa. „Staram się, żeby mnie nie zabili. ”

„Działa. ” – podała mu kolejny kawałek skóry do łatania.

„Mój ojciec to zauważa. ”

„To dobrze czy źle? ”

„Jeszcze nie wiem. ”

Thomas nauczył się wielu rzeczy podczas swojego pobytu w obozie.

Zrozumiał, że Apacze nie byli bezmyślnymi dzikusami, jakimi przedstawiały ich białe gazety. Ich społeczeństwo było złożone, rządzone prawami i zwyczajami, równie zawiłymi, co te, które studiował na studiach prawniczych. Mieli poetów i kronikarzy, uzdrowicieli i rzemieślników. Kochali swoje dzieci z pasją i głęboko szanowali starszych.

Dowiedział się też, że mieli wszelkie powody, by nienawidzić białych. Opowieści, które słyszał o zerwanych traktatach, spalonych wioskach, o kobietach i dzieciach mordowanych bez litości, sprawiały, że przewracało mu się w żołądku. Jego lud zrobił tym ludziom straszne rzeczy i wciąż je robił. A jednak nie zabili go, nie torturowali, po prostu patrzyli i czekali.

Pewnej nocy wszystko się zmieniło. Obudziły go krzyki, niecodzienne nawoływania życia obozowego, lecz głosy pełne paniki, naglące i ostre. Wybiegł z przypisanego mu wikiupu i zobaczył obóz w chaosie. Wojownicy biegli w stronę wejścia do kanionu.

Kobiety zbierały dzieci. Ogniska były gaszone. Obok niego pojawiła się Ajana z surowym wyrazem twarzy. „Żołnierze” – powiedziała.

„Duża siła wchodzi przez kanion. ”

Thomasowi krew zamarzła w żyłach. „Skąd wiedzieli, gdzie jesteście? ”

„Comancheros.

Któryś z nich musiał przeżyć, musiał mówić. ” – jej głos był pełen goryczy. „Powinniśmy się upewnić, że wszyscy nie żyją. ”

Thomas przypomniał sobie Brenana, czołgającego się do konia z kulą w brzuchu.

Cholera. „Ilu ich jest? ”

„Nasi zwiadowcy mówią, że dwustu, może więcej. Z armatami.

„Dwustu żołnierzy z artylerią przeciwko obozowi pełnemu rodzin. To będzie rzeź. ”

„Mój ojciec szykuje się do walki” – dodała Ajana. „Będziemy bronić kanionu tak długo, jak się da, dając kobietom i dzieciom czas na ucieczkę przez górskie przełęcze.

„To samobójstwo. ”

„To nasz sposób. ”

Myśli Thomasa pędziły. Dwustu żołnierzy.

Artyleria. Wąski kanion. Taktycznie beznadziejna sytuacja. Chyba że…

„Czekaj” – powiedział.

„Mam pomysł. ”

„Absolutnie nie. ”

Głos Złamanej Włóczni odbił się echem w wikiupie narady wojennej. Wokół stało tuzin jego najstarszych wojowników.

Twarze mieli twarde i gotowe do walki, a Ajana i Nalin stały po bokach ojca, uzbrojone i przygotowane. „Chcesz, żebym wysłał cię, byś negocjował z żołnierzami? ” – oczy wodza płonęły. „Powiesz im dokładnie, gdzie jesteśmy.

Pomożesz nas zniszczyć. ”

„Gdybym chciał to zrobić, uciekłbym każdej nocy przez ostatnie dwa tygodnie” – powiedział Thomas. „Wasi strażnicy są dobrzy, ale znam już te góry. Znalazłbym drogę.

„To czemu nie uciekłeś? ”

„Bo nie chcę, żebyście zostali zniszczeni. ” – Thomas spojrzał wodzowi prosto w oczy, bez wahania. „Mówiłem poważnie o twoich córkach.

O tym, że ludzie to ludzie. Żyłem wśród was przez trzynaście dni i to, co widziałem – wasi ludzie zasługują na coś lepszego niż to, co nadchodzi przez ten kanion. ”

Jeden z wojowników splunął i powiedział coś po apacku. Thomas nie potrzebował tłumaczenia.

„Byłem prawnikiem” – kontynuował. „Zanim przyjechałem na zachód, zawodowo negocjowałem. Wiem, jak myśli armia. Wiem, czego chcą.

I wiem, że teraz jadą prosto w gniazdo szerszeni. Są przestraszeni. A przestraszeni ludzie zawierają umowy. ”

„Jaką umowę?

„Bezpieczne przejście przez przełęcze dla wszystkich. W zamian opuszczacie ten obóz bez walki. Żadnych zabitych Apaczów, żadnych zabitych żołnierzy. Wszyscy żyją.

Złamana Włócznia zaśmiał się. Ostro, gorzko. „Myślisz, że armia po prostu pozwoli nam odejść? ”

„Myślę, że dowódca chce mieć zwycięstwo, które może zgłosić do Waszyngtonu.

Jeśli znikniecie w górach, może powiedzieć, że oczyścił teren, dostanie awans. Wy ocalicie swój lud. A jeśli odmówi, jeśli chce krwi, wtedy przynajmniej dam wam czas. Czas, by odesłać niebojowych dalej.

Czas, by przygotować obronę. ” – Thomas zrobił krok w stronę wodza. „Co masz do stracenia? Jeśli was zdradzę, nie będziecie w gorszej sytuacji niż teraz.

Ale jeśli mi się uda…”

„A jeśli ci się uda” – przerwała Ajana. „Dlaczego miałbyś wracać? Możesz odjechać z żołnierzami, wrócić na swoje ranczo, zapomnieć, że nas widziałeś. ”

Thomas odwrócił się do niej.

W migoczącym świetle ognia wyglądała piękniej i groźniej niż kiedykolwiek. „Bo dałem wam słowo” – powiedział cicho. „Kiedy ruszyłem na pomoc w tamtym kanionie, podjąłem decyzję. Ta decyzja nie skończyła się, gdy dotarliśmy do tej doliny.

Cokolwiek stanie się z waszym ludem teraz, to spada na mnie. Nie zostawię was. ”

Cisza się przeciągała. Thomas czuł każdy wzrok w wikiupie wbity w siebie.

W końcu przemówił Złamana Włócznia. „Trzynaście dni” – powiedział powoli. „Obserwowałem cię przez trzynaście dni. Widziałem, jak pomagasz naszym ludziom, nie oczekując wdzięczności.

Widziałem, jak pracujesz ramię w ramię z naszymi kobietami i uczysz nasze dzieci. Widziałem, jak jesz nasze jedzenie i śpisz pod naszym niebem, i ani razu się nie skarżysz. ” – wstał, wciąż budzący respekt, mimo wieku, wciąż promieniujący autorytetem, który uczynił go legendą. „Jesteś albo najzręczniejszym kłamcą, jakiego spotkałem, albo jesteś tym, za kogo uważa cię moja córka – dobrym człowiekiem uwięzionym w świecie białych.

„A co sądzi Ajana? ” – zapytał Thomas. Wódz spojrzał na swoją córkę. Coś między nimi się wydarzyło.

Pytanie i odpowiedź, których Thomas nie potrafił odczytać. „Ona wierzy, że powinienem pozwolić ci spróbować” – powiedział Złamana Włócznia. „Wbrew własnemu rozsądkowi skłaniam się ku temu, by się zgodzić. ” – wskazał na jednego z wojowników, który przyniósł pas z bronią Thomasa, ten sam, który oddał pierwszego dnia.

„Idź, porozmawiaj z żołnierzami. Wróć przed świtem albo nie wracaj wcale. ”

Thomas zapiął pas na biodrach. Ręce miał pewne, choć serce waliło mu w piersi.

„Wrócę” – powiedział. „Lepiej, żebyś wrócił. ” – głos Ajany był ostry, ale w jej oczach mignęło coś, co wyglądało niemal jak niepokój. „Jeśli zginiesz tam na zewnątrz, będę bardzo zła.

Mimo wszystko Thomas się uśmiechnął. „Wolałbym do tego nie dopuścić. ” – i ruszył w ciemność, w stronę dudniących werbli. Obóz armii znajdował się dokładnie tam, gdzie się spodziewał.

Milę od wejścia do kanionu, rozciągnięty na szerokiej łące, oświetlony dziesiątkami ognisk. Wartownicy zatrzymali go dwukrotnie, zanim zbliżył się na tyle, by zażądać spotkania z dowódcą. Zaprowadzono go do dużego namiotu w centrum obozu. W środku siedział mężczyzna w mundurze pułkownika, pochylony nad mapami przy świetle lampy.

Miał około pięćdziesiątki, przystrzyżoną siwą brodę i zmęczone oczy człowieka, który widział zbyt wiele kampanii. „Pułkownik Harrison” – zapytał Thomas. „Kim pan do diabła jest? ”

„Thomas Whitfield.

Mam ranczo w Prescott Valley, a przynajmniej miałem, zanim wszystko się skomplikowało. ” – usiadł bez zaproszenia. „Spędziłem ostatnie dwa tygodnie wśród ludu Złamanej Włóczni. Przyszedłem złożyć panu propozycję.

Przez następną godzinę Thomas mówił. Przedstawił sytuację z brutalną szczerością. Siłę pozycji Apaczów, straty, jakie poniesie armia przy ataku na kanion, skutki polityczne, gdy wieść o masakrze dotrze do Waszyngtonu. Opisał kobiety i dzieci w obozie, rodziny, które zginą, jeśli Harrison zaatakuje, wdowy i sieroty, które zostaną.

A potem złożył propozycję. Wycofanie się w zamian za bezpieczne przejście. Pokojowe rozwiązanie, z którym wszyscy mogliby żyć. Harrison słuchał bez przerywania.

Kiedy Thomas skończył, pułkownik milczał przez długą chwilę. „Prosi mnie pan, bym pozwolił kilkuset wrogim Indianom uciec” – powiedział w końcu. „Proszę, żeby pan wybrał zwycięstwo zamiast rzezi. ”

„Tu to jedno i to samo.

„Naprawdę? ” – Thomas pochylił się. „Pułkowniku, od ilu lat walczy pan z Apaczami? Dziesięć, piętnaście?

Za każdym razem, gdy ich pan pokonuje, oni znikają w górach i wracają silniejsi. Ale jeśli pozwoli im pan odejść pokojowo, jeśli pokaże pan, że negocjacje mają sens, może następnym razem porozmawiają, zamiast walczyć. Dużo tu może więcej, niż pan zyska, atakując ten kanion. Te przełęcze to pułapki śmierci.

Złamana Włócznia walczy w tych górach od czterdziestu lat. Zna każdy kamień, każdy cień, każde miejsce, gdzie kilku wojowników może zatrzymać armię. Ostatecznie wygracie. Macie przewagę liczebną.

Ale koszt…” – Thomas pozwolił słowom zawisnąć w powietrzu. Harrison wpatrywał się w mapę na biurku. Thomas widział, jak kanion zaznaczono na czerwono. Widział staranne notatki zwiadowców.

„Jeśli się zgodzę” – powiedział pułkownik powoli – „skąd mam wiedzieć, że dotrzymają słowa? ”

„Bo Złamana Włócznia zawsze dotrzymuje słowa. Proszę zapytać kogokolwiek, kto z nim rozmawiał. Zabił wielu żołnierzy, ale nigdy nie złamał rozejmu.

„A jeśli odmówię? ”

„Wtedy wrócę i powiem, że pan odmówił, i będziemy walczyć. Zdobędziecie obóz ostatecznie, ale wielu pana ludzi zginie. I wiele kobiet oraz dzieci zginie.

I nic się nie zmieni. Apacze będą pana nienawidzić jeszcze bardziej. Wojna będzie trwać. I za dwadzieścia lat ktoś inny będzie siedział w tym namiocie, próbując rozgryźć, jak pokonać wroga, którego nie da się pokonać.

Harrison długo milczał. „Jest pan albo bardzo odważny, albo bardzo głupi, panie Whitfield. ”

„Pewnie jedno i drugie. To były długie dwa tygodnie.

Pułkownik niemal się uśmiechnął. „Wracaj do swoich Apaczów” – powiedział. „Powiedz im, że mają czas do południa, by opuścić dolinę. Potem wchodzimy.

Jeśli będą tam, nadal nie będą. ”

Thomas wstał i wyciągnął rękę. Po chwili Harrison ją uścisnął. „Mam nadzieję, że wiesz, co robisz” – powiedział pułkownik.

„Ja też. ”

Apacze zniknęli przed świtem. Thomas wracał do doliny, gdy pierwsze światło zaczęło pełzać po górach, spodziewając się chaosu, rodzin gorączkowo pakujących się, wojowników spierających się, czy walczyć, czy uciekać. Zamiast tego zastał pustkę.

Wikiupy stały cicho i opuszczone, ogniska wypalone do popiołu, konie, zapasy, setki ludzi, którzy napełniali tę dolinę życiem. Wszyscy zniknęli. Rozpłynęli się w górach jak poranna mgła. Tylko trzy sylwetki pozostały, czekając przy strumieniu, gdzie Thomas wszedł do obozu po raz pierwszy.

Złamana Włócznia, Ajana i Nalin. Thomas zsiadł z konia i ruszył w ich stronę. Nogi miał słabe. Zmęczenie nocy w końcu go dopadło.

„Odeszli” – powiedział, choć nie musiał. „Zaczęliśmy odchodzić, gdy tylko odjechałeś” – odpowiedział Złamana Włócznia. „Nasi zwiadowcy widzieli, jak wjeżdżasz do obozu żołnierzy. Gdy nie zostałeś zabity od razu, wiedzieliśmy, że ci się udało.

„Już się ewakuowaliście, zanim wiedzieliście, czy przeżyję? ”

„Powiedziałem ci. Obserwowałem cię przez trzynaście dni. Wiedziałem, co zrobisz.

” – wódz zrobił krok naprzód. Jego twarz wciąż była nieczytelna, ale w jego postawie coś się zmieniło. Ostrożność zniknęła. Zastąpiło ją coś, co mogło być szacunkiem.

„Mogłeś nas zdradzić, poprowadzić żołnierzy przez przełęcze, zyskać nagrody, chwałę. Zamiast tego zaryzykowałeś życie dla ludzi, którzy nie są twoi. ”

„Powiedziałem ci dlaczego. ”

„Tak, bo ludzie to ludzie, bo okrucieństwo to okrucieństwo.

” – wódz powoli pokręcił głową. „Przez sześćdziesiąt trzy zimy spotkałem może trzech białych, którzy naprawdę w to wierzyli. Dwóch z nich nie żyje. Zabili ich własni za to, że byli zbyt przychylni Apaczom.

„Pocieszająca myśl. ”

„Prawdziwa myśl. ”

Złamana Włócznia sięgnął pod koszulę i wyjął coś. Skórzany rzemień z zawieszonym kamiennym wisiorkiem.

Kamień był z obsydianu, wyrzeźbiony w kształt galopującego konia. „To należało do mojego ojca” – powiedział wódz. „I do jego ojca przed nim. Jest w mojej rodzinie od siedmiu pokoleń.

Nosi ochronę duchów gór. ” – wcisnął wisiorek w dłonie Thomasa. „Od dziś nie jesteś obcy dla Apaczów Gór Białych. Jesteś przyjacielem.

Każdy z moich ludzi, kto to zobaczy, będzie wiedział, że jesteś pod moją ochroną. Możesz swobodnie podróżować po naszych ziemiach. Możesz prosić nas o pomoc. A jeśli kiedykolwiek będziesz potrzebował schronienia przed żołnierzami, bandytami, własnym ludem, wystarczy, że przyjdziesz do nas.

Thomas spojrzał na wisiorek, na misterną rzeźbę, na ciężar historii, który w sobie niósł. „Nie wiem, co powiedzieć. ”

„Nic nie mów. Czyny mówią więcej niż słowa.

Tak mawiają twoi ludzie. Prawda? Twoje czyny przemówiły. Teraz kolej na moje.

” – Złamana Włócznia ujął ramię Thomasa w uścisku wojownika. „Wróć do domu, Tomasie Whitfieldzie. Odbuduj ranczo, żyj swoim życiem. Ale pamiętaj, masz teraz braci w tych górach.

Braci, którzy nie zapomną, co dla nas zrobiłeś. ”

Thomas nie potrafił mówić, po prostu skinął głową. Wódz puścił jego ramię, odwrócił się i ruszył w stronę konia, którego trzymała Nalin. Wsiadł z gracją o wiele młodszego mężczyzny i spojrzał jeszcze raz.

„Moja córka chce z tobą porozmawiać” – powiedział. „Pozwolę na to. ” – i odjechał w stronę wąskich przełęczy prowadzących głębiej w góry. Ajana czekała, aż jej ojciec zniknie z pola widzenia, zanim się odezwała.

„Zaskoczyłeś mnie” – powiedziała cicho. „Jak to możliwe? Myślałam, że uciekniesz, albo zawiedziesz, albo zginiesz. ” – podeszła bliżej.

„Zamiast tego zrobiłeś coś, czego nigdy nie widziałam u białego człowieka. Dotrzymałeś słowa, nawet jeśli jego dotrzymanie kosztowało cię wszystko. ”

„To nie kosztowało mnie wszystkiego. Moje ranczo wciąż tam jest.

Mój koń żyje. W sumie wyszedłem z tego całkiem nieźle. ”

„Wiesz, że nie o to mi chodzi. ” – jej ciemne oczy wpatrywały się w jego twarz.

„Mogłeś tej nocy wrócić do swoich. Zamiast tego wybrałeś nas. Zdecydowałeś się być widziany w towarzystwie Apaczów, negocjować w naszym imieniu, uczynić z siebie wyrzutka wśród własnych ludzi. ”

Thomas zastanowił się nad tym.

Miała rację. Wieści się rozejdą. Ranczer, który negocjował z wrogami. Miłośnik Indian, który pozwolił Złamanej Włóczni uciec.

Jego imię będzie zniesławione od tej strony po Kalifornię. „Podjąłem decyzję” – powiedział po prostu. „Nie żałuję jej. ”

„Nie zgodziła się Ajana.

Nie sądzę, żebyś żałował. ” – sięgnęła ręką i dotknęła wisiora zawieszonego na jego szyi. „Mój ojciec obdarzył cię wielkim zaszczytem. Nigdy nie dał tego wisiora nikomu spoza naszej rodziny.

„Będę go cenił. ”

„Lepiej, żebyś tak zrobił. ” – jej palce przez chwilę spoczywały na obsydianowym koniu, a potem opadły. „Thomas Whitfield, nie wiem, czy się jeszcze spotkamy.

Świat jest wielki, a nasze ścieżki prowadzą w różnych kierunkach. Ale chcę, żebyś wiedział coś. ” – spojrzała mu prosto w oczy, a jej wzrok zaparł mu dech. „Wśród mojego ludu, kiedy ktoś ratuje komuś życie, powstaje więź.

Połączenie, które przekracza plemię, przekracza krew, przekracza wszystkie mury, które nas dzielą. ”

„Jaki to rodzaj więzi? ”

„To zależy od tych, których to dotyczy. ” – na jej miedzianych policzkach pojawił się rumieniec.

„Dla niektórych to braterstwo, dla innych coś innego. ”

Serce Thomasa zabiło mocniej, ale tym razem nie z powodu strachu. „A dla nas? ”

Ajana milczała przez dłuższą chwilę.

Gdy w końcu przemówiła, jej głos był ledwie słyszalnym szeptem. „Może kiedyś się dowiemy. ”

Odwróciła się i ruszyła w stronę swojego konia. Nalin już siedziała w siodle, czekając z niecierpliwością.

„Żegnaj, Tomasie Whitfield! ” – zawołała Ajana, wskakując w siodło. „Niech duchy gór prowadzą twoją drogę. ”

„I twoją” – odpowiedział Thomas.

„Waszą obojga. ”

Siostry pogoniły konie i odjechały w stronę przełęczy, gdzie zniknął ich ojciec. Thomas patrzył za nimi, aż góry ich pochłonęły. Potem dosiadł Cierpliwości i ruszył na zachód, ku wschodzącemu słońcu, ku ranczu, które się rozpadało, ku przyszłości, która nagle stała się bardzo niepewna, ale też w jakiś sposób pełna możliwości.

Sześć miesięcy później ranczo Thomasa Whitfielda wciąż miało trudności. Słupy ogrodzenia nadal się chwiały. Dach stodoły przeciekał. Bydło zmniejszyło się do dwóch sztuk, a studnia częściej była sucha niż pełna.

Ale Thomas się tym nie przejmował, bo co kilka tygodni na skraju jego ziemi pojawiała się grupa Apaczów. Nigdy nie podchodzili na tyle blisko, by było ich widać z drogi. Nigdy nie zostawali długo, by przyciągać uwagę. Ale zawsze zostawiali coś po sobie.

Zwłoki jelenia wiszące na drzewie, worek kukurydzy przywiązany do ogrodzenia, raz piękny koc Navajo, który ktoś wymienił aż z Nowego Meksyku. I zawsze włożone w dar pojedyncze orle pióro. Thomas trzymał pióra w słoiku na kominku obok obsydianowego wisiora. Nigdy nie nosił wisiora poza domem, to wywołałoby pytania, na które nie mógł odpowiedzieć.

Ale nocą, gdy siedział sam przy ogniu, brał go do rąk i wspominał. Obóz w górach. Szałas rady. Wysoka kobieta z oczami jak czarny ogień, która zapytała go, dlaczego pomógł.

Słyszał plotki o Złamanej Włóczni i jego ludziach. Osiedlili się gdzieś w Sierra Madre, poza zasięgiem armii Stanów Zjednoczonych. Podobno mieli się dobrze. Znów rośli w siłę, planując przyszłość, w której nie będzie miejsca na podporządkowanie się białym prawom.

Czasami Thomas zastanawiał się, czy Ajana o nim myślała, czy pamiętała te ich dziwne dwa tygodnie razem, czy kiedykolwiek spojrzała na wschód, w stronę terytorium Arizony, i zastanawiała się, co stało się z biednym ranczerem, który przybył jej na ratunek. Miał taką nadzieję. Bo on myślał o niej codziennie, każdego jednego dnia. Obsydianowy koń ciążył mu na piersi, gdy pewnego październikowego poranka wyszedł na ganek.

Niemal dokładnie rok po tym dniu, kiedy usłyszał krzyk w oddali i podjął decyzję, która zmieniła wszystko. Słońce wschodziło nad górami Bradshaw. Pustynia lśniła bursztynem i rdzą. Jastrząb leniwie krążył w prądach termicznych, unosząc się na wietrze ku wschodowi.

Thomas patrzył, jak odlatuje, i uśmiechnął się. Nie wiedział, co przyniesie przyszłość. Nie wiedział, czy kiedykolwiek jeszcze zobaczy Ajanę. Nie wiedział, czy jego ranczo przetrwa kolejny rok, czy też rozpadnie się w pył jak tyle innych.

Ale wiedział jedno na pewno. Zrobił to, co słuszne. I to mu wystarczało.