Siedziałem właśnie tak pewnego wtorkowego wieczoru, kiedy przez uchylone drzwi do salonu dotarły do mnie słowa, których nie powinienem był usłyszeć. To była Marta, mówiła do kogoś, nie wiedziałem do kogo. Ale to, co powiedziała, sprawiło, że zamarłem z sekatorem w ręku. Potem odłożyłem go na ziemię i wróciłem do domu tylnym wejściem, nie odzywając się do nikogo przez resztę dnia.

Zanim jednak przejdę do sedna tej historii, chciałbym powiedzieć coś wprost. Mniej więcej rok po śmierci Danuty zadzwoniła do mnie Marta. Zapytała, czy mogliby się z Przemkiem do mnie przeprowadzić na jakiś czas. Zgodziłem się, bo wydawało mi się, że to dobra decyzja.
Marta gotowała od czasu do czasu, ale kuchnia przestała być miejscem, do którego wchodzę kiedy chcę. Przez moment miałem ochotę wejść do domu i powiedzieć wprost, co usłyszałem. Ale nie zrobiłem tego. Siadałem do kolacji, pytałem jak minął dzień, oglądałem wieczorne wiadomości.
Marta i Przemek nie zmienili swojego zachowania w stosunku do mnie. Wyglądała jakby ktoś ją otwierał niedbale i nie dosunął do końca. Wróciłem do kuchni, nastawiłem wodę na herbatę i siadłem przy stole. Wróciłem do gabinetu, kiedy Przemek wyszedł do ogrodu po obiedzie.
Potem dodałem wpis do notatnika. Moja sytuacja zdrowotna nie dawała żadnych podstaw do takich wniosków. Wiedziałem, że to wstęp do czegoś większego i wtedy padło. Odpowiedziałem, że potrzebuję kilku dni do namysłu.
Przemek wstał, kiwnął głową i wyszedł do kuchni. Łączna kwota zobowiązań, które figurowały w dokumentach wynosiła ponad 130 000 zł. Może sądzili, że zrobili krok do przodu? Rano kiedy zszedłem do kuchni, Marta stała przy ekspresie do kawy i przywitała mnie jak gdyby nigdy nic.
Do notatnika dołączyłem wydrukowane zdjęcia, które zrobiłem w gabinecie. Odpowiedział, że przy odpowiednim zaangażowaniu, tydzień do dwóch. Wróciłem do domu tamtego dnia z teczką pustą. Wieczorem tego samego dnia zadzwoniłem do Ryszarda.
Łukasz, kierownik warsztatu, zadzwonił do mnie w środę rano. Wieczorem wysłałem SMSem do Henryka. Tego samego wieczoru napisała do mnie SMS z jednym zdaniem. Po wizycie pojechałem do kancelarii.
Wróciłem do domu późnym popołudniem. Brzmiało znajomo do bólu. Dwa dni później Hendrek zadzwonił do mnie o 10:00 rano. Wyszedłem do ogrodu.
Wszedłem do domu. Są rzeczy, których człowiek nie zapomina do końca życia. Zebrałem wszystko do teczki, zamknąłem szufladę, zgasiłem lampę i wyszedłem do kuchni po szklankę wody. Zrobiłem kawę, usiadłem przy stole i zadzwoniłem do Henryka dokładnie o 7:15.
Henryk powiedział, że zawiadomienie do prokuratury zostanie złożone w ciągu godziny. Jego współpracownik już czekał przy wejściu do budynku prokuratury rejonowej, że do kancelarii wpłynie tego samego dnia pozew cywilny kierowany do Marty Bednarek o zwrot nienależnie pobranych kwot z udokumentowanym wyliczeniem. Rozłączyłem się i wypiłem kawę do końca. Nie wiedziałem wtedy, kto do niego zadzwonił, ani skąd ta informacja, ale coś wyraźnie do niego dotarło.
Wysłuchałem jej do końca. Zapytał cicho, czy zawiadomienie do prokuratury już zostało złożone. Potem powiedział do Marty coś, czego nie pamiętam już dokładnie. Zadzwoniłem do Ryszarda.
Marta przyszła do mnie następnego ranka, zapukała do drzwi gabinetu, gdzie siedziałem z gazetą i weszła bez zaproszenia. Za każdym razem wracał do domu milczący jak kamień. Załadowali walizki i kartony, te same, z którymi przyszli ponad rok wcześniej, plus kilka nowych. Marta podeszła do mnie przed wyjściem.
Wróciłem do kuchni i nastawiłem wodę na kawę. Dali je, te ciemnoczerwone, które kwitły do późnej jesieni. Potem złożyłam ją i schowałem do szuflady, do której sięgam rzadko. Ja przyjęłam to do wiadomości.
Przemek Bednarek został oskarżony o doprowadzenie do niekorzystnego rozporządzenia mieniem kilku osób przy pomocy wprowadzenia ich w błąd co do wartości nieruchomości i konsekwencji zawieranych umów. Może kiedyś będę chciał do niej wrócić, może nie. Dokładnie tak samo podszedłem do tamtego roku.
Zszedłem do kuchni, zrobiłem kawę i wyszedłem do ogrodu w płaszczu, bo było chłodno.