Miałam zarobić sto tysięcy euro za dwie godziny pozornej katastrofy. Wystarczyło, że udam nieatrakcyjną, nudną i dziwną, a bogaty facet ucieknie z przerażeniem. Więc spryskałam włosy wazeliną,…

Zofia siedziała w kawiarni obok Wawelu, a Patrycja przesunęła po blacie małą czarną kopertę. Sto tysięcy euro. Miała tylko pójść na randkę w ciemno i sprawić, żeby facet uciekł po dwudziestu minutach. „To proste – powiedziała Patrycja.

Thumbnail

– Nie musisz nic kraść ani nikomu grozić. Masz być chodzącą katastrofą. Nieatrakcyjną, nudną, dziwną. On ma być bogaty, nudny, a jego matka zdesperowana, żeby go ustatkować”.

Zofia patrzyła na kopertę. Kredyt studencki, wieczny debet, życie na krawędzi. Zgodziła się. Przez dwa dni przygotowywała się do roli.

Suche włosy, wazelina, ciasny kok. Najtańsze kosmetyki, rozmazana kredka pod oczami, jaskrawoczerwona szminka wychodząca poza kontur. Postrzępione dżinsy, sandały w październik, za duża koszulka z reklamą festiwalu piwa i rozciągnięty sweter. W lustrze zobaczyła parodię samej sobie.

W restauracji Stara Kamienica spóźniła się siedemnaście minut. Kelnerzy w idealnych garniturach spoglądali na nią z ledwo skrywanym zdziwieniem. Podeszła do stolika. Mężczyzna już tam siedział.

Gdy się odwrócił, Zofia poczuła, jak krew odpływa jej z twarzy. To był Aleksander. Jej Aleksander ze studiów, jedyny facet, w którym kiedyś była szaleńczo zakochana, a który teraz patrzył na nią pustym wzrokiem. Nie poznawał jej.

„Dzień dobry – powiedział. – Aleksander Kowalski”. Zofia wydusiła z siebie coś, co miało brzmieć jak piskliwy głos. „Przepraszam za spóźnienie, ale mój gołąb Ryszard ma poważne problemy z jelitami”.

Aleksander zamrugał. Zofia poczuła ukłucie bólu i ulgę. Działało. Przez kolejne minuty wylewała z siebie kolejne warstwy absurdu.

Kredyt studencki, kolekcja znaczków, zamiłowanie do oglądania operacji na otwartym sercu na YouTube. Aleksander słuchał z kamienną twarzą. W końcu wstał. „Dziękuję za twój czas, ale nasze zainteresowania są zbyt różne.

Życzę Ryszardowi szybkiego powrotu do zdrowia”. Zofia też wstała, ale sandały zaplątały jej się w nogę krzesła. Straciła równowagę, a jej ręka uderzyła w kieliszek. Czerwone wino rozlało się po nieskazitelnie białej koszuli Aleksandra.

W restauracji zapadła cisza. Aleksander wyglądał na naprawdę wściekłego. „Co ty robisz? ”

Zofia przepraszała cicho, bez piskliwego tonu, bez udawania gołębi.

I wtedy Aleksander spojrzał jej prosto w oczy. Jego twarz się zmieniła. „Czekaj. Znam cię”.

Zofia poczuła, jak żołądek jej się skręca. Wiedziała, że wpadła. „Zofia Sobczak? To ty?

Co ty masz na sobie? ”

Zofia wyszeptała coś o długiej historii, ale Aleksander nie odpuszczał. „Usiądź i wytłumacz mi, dlaczego wyglądasz, jakbyś przegrała zakład z ciucholandem”. Siedziała tam, a on kazał zamknąć stolik na pół godziny.

Musiała mu powiedzieć prawdę. Przynajmniej jej część. „Ktoś mi zapłacił, żeby mnie odstraszył” – wyznała. Aleksander patrzył na nią zaintrygowany.

„Nie jestem zniesmaczony, Zofio. Jestem zaintrygowany. A zaintrygowanie to nie to samo co odrzucenie. Oddzwonię do ciebie jutro o dziesiątej”.

Wcisnął jej wizytówkę i wyszedł, zostawiając ją samą z rozbitym planem i zerową wypłatą. Patrycja była wściekła. „Nie dostałaś pieniędzy, bo nie spełniłaś warunku. Musisz go odstraszyć tak, żeby uciekł i to na zawsze.

Idź do niego teraz. Zrób coś, co go przerazi”. Zofia pojechała do jego biura w wieżowcu w centrum Warszawy. Weszła do środka, minęła zdziwionego portiera i stanęła przed Aleksandrem.

„Masz obsesję na moim punkcie” – powiedziała. – „Wiem, gdzie mieszkasz. Wiem, że lubisz żeglować”. Chwyciła wazon z jego biurka i rzuciła nim o podłogę.

Szkło roztrzaskało się z hukiem. Aleksander był sparaliżowany. „Wynoś się stąd natychmiast! ”

Zofia uśmiechnęła się.

„Właśnie na to czekałam”. Wyszła z biura, a następnego ranka na jej koncie pojawiło się sto tysięcy euro. W pociągu do Krakowa dostała wiadomość od Aleksandra: „Wazon był wart pięć tysięcy. Ale to, co zrobiłaś, nie było szaleństwem, Zofio.

To była desperacja. Nie uciekniesz mi tak łatwo. Wiem, gdzie mieszkasz w Krakowie. Wiem, że kłamiesz”.

Zofia zamarła. On nie dał jej kosza. On przeszedł na inny poziom gry. Ukryła się u brata w Gdańsku.

Po dwóch dniach współlokatorka zadzwoniła, że kurier przyniósł paczkę od kogoś z Warszawy z książką o weneckich dzwonnicach. Temat jej pracy seminaryjnej. Aleksander wiedział więcej, niż powinien. Potem przysłał SMS: „Gdańsk.

Zimno, prawda? Mam nadzieję, że masz czyste włosy. Mój jacht jest w Gdyni. Pomyśl o tym, Zofio”.

Wiedział, gdzie jest. Jak? Michał, jej brat, podsunął jej plan. Miała mu powiedzieć, że jest wplątana w nielegalny handel sztuką, że skarb związany z weneckimi dzwonnicami to jej polisa ubezpieczeniowa.

Nagrała wiadomość, a Michał miał ją dostarczyć. Zadzwonił prawnik Aleksandra. „Pan Kowalski chce się z panią spotkać. Za dwie godziny w marinie w Gdyni, przy jachcie Argos”.

Przy jachcie stał Aleksander, wściekły. Zofia opowiedziała mu o handlarzach sztuką, o zaliczce za milczenie, o tym, że jest ścigana. Aleksander wszedł w jej grę, ale na swoich warunkach. Wciągnął ją na pokład jachtu.

„Od teraz będziesz ze mną, dopóki nie dowiem się, co się naprawdę dzieje”. Na jachcie zadzwonił jego prawnik. I wtedy padła bomba. Fundacja Architektury Sakralnej w Krakowie, z którą Zofia współpracowała podczas studiów, była podejrzana o pranie pieniędzy i nielegalny wywóz dóbr kultury.

A finansowała ją matka Aleksandra. „Moja matka, która zorganizowała tę randkę w ciemno, jest zamieszana w coś znacznie większego” – powiedział Aleksander. – „Patrycja, która ci zapłaciła, była jej emisariuszką. Miałaś mnie odstraszyć, a przy okazji zniknąć jako świadek”.

Wszystko ułożyło się w jedną całość. Randka była pułapką, a Zofia miała być znikającym kłopotem. Postanowili grać dalej. Aleksander udawał, że porywa Zofię, żeby wydobyć z niej skarb.

Patrycja, przekonana, że Aleksander jest wściekły na Zofię za zdradzenie tajemnicy, zgodziła się na spotkanie. W kawiarni czekali ochroniarze. Patrycja wpadła w pułapkę. „Powiedz mi, co jej obiecaliście za ten dokument” – zażądał Aleksander.

Patrycja się załamała. „Ona nic nie ma. To był pretekst, żeby uciekła. Twoja matka chciała, żebyś ją odrzucił.

Ja chciałam, żeby zniknęła jako świadek rozmów o fundacji”. Zofia weszła do kawiarni, elegancka i opanowana. „Nie zniknę, dopóki nie dowiem się, dlaczego fundacja jest finansowana z brudnych pieniędzy i dlaczego moja randka miała być moim biletem do milczenia”. Sprawa fundacji trafiła na pierwsze strony gazet.

Matka Aleksandra została wysłana na dyskretne wakacje do Szwajcarii. Patrycja stanęła przed sądem. Zofia została kluczowym świadkiem, a Aleksander spłacił jej kredyt i zaoferował pracę w swojej firmie. Siedziała w nowym biurze z widokiem na Warszawę, gdy wszedł Aleksander.

„Jak idzie zabezpieczanie dzwonnic? ” – zapytał z uśmiechem. „Dobrze. Zabezpieczam je przed twoją matką”.

„Dzięki tobie nie jestem już nudnym miliarderem”. „Ryszard to był symbol mojego strachu przed tym, że mnie polubisz” – powiedziała. „I myślisz, że odniósł sukces? ”

„Absolutnie nie”.

Zaprosił ją na kolację. Tym razem to ona miała zamawiać wino.