Zadzwoniłem do Roberta Marca. Potem poszedłem do pracy, podpisywałem dokumenty, odbywałem spotkania. Wieczorem w środę Robert oddzwonił. Powiedział, że wyśle mi na telefon link do zaszyfrowanego folderu.

Coś w jego głosie sprawiło, że od razu wiedziałem, że to nie będzie dobra wiadomość. Spółdzielnia cięła koszty, redukowała zamówienia. Ludzie, którzy pracowali tam od dwudziestu lat, zaczynali rozmawiać szeptem o tym, co będzie za rok. A przecież jeszcze niedawno nasza firma była rozpoznawalną marką w branży, z własnym działem projektowania i laboratorium kontroli jakości.
Doszliśmy do tego dzięki ciężkiej pracy. Michał miał czterdzieści procent udziałów. Do tego dwadzieścia procent udziałów mniejszościowych, które kilka lat wcześniej sprzedaliśmy zewnętrznemu inwestorowi finansowemu. Razem dawało to sześćdziesiąt procent.
Wystarczająco, żeby mieć kontrolę. Wystarczająco, żeby czuć się bezpiecznie. Taksówka zajechała przed dom o 11:20. Michał odwrócił się do mnie.
Weronika zrobiła krok do przodu. Krystyna podeszła do niego po chwili. Nawrot zaproponował odkupienie dwudziestu procent udziałów w firmie. W zamian obiecał wstrzyknąć kapitał, który pozwoliłby nam spokojnie przejść przez kryzys płynności i sfinalizować modernizację.
Brzmiało to jak wybawienie. A jednak było w tym coś, co nie dawało mi spokoju. Podszedłem do Michała, usiadłem naprzeciwko. Wiedziałem, że musi być coś znacznie trudniejszego do zniesienia niż sama propozycja.
Miałem zadzwonić do naszego prawnika w poniedziałek. Złożyłem dokument i schowałem go do kieszeni. Późnym popołudniem zabrałem ich do domu. Krystyna poszła do kuchni, Michał zamknął się w swoim dawnym pokoju.
Ja usiadłem przy biurku w gabinecie i zadzwoniłem do prawnika. Nazwisko, które usłyszałem, należało do kogoś znacznie bliżej, niż mogłem przypuszczać. Tej nocy nie spałem. Leżałem do 4:30, potem wstałem, ubrałem się cicho i wyszedłem do kuchni.
Rano prawnik oddzwonił. Powiedział, że przejrzał materiały i że sprawa jest poważna. Dowody zebrane przez Roberta były wystarczającą podstawą do złożenia zawiadomienia do prokuratury o przygotowaniu do przestępstwa oszustwa, wyłudzenia i działania na szkodę firmy. Michał zszedł do kuchni o 9:00.
Robert dotarł do prawdy pośrednio, przez ślad finansowy. Gdy skończyłem rozmowę, wyszedłem do ogrodu. Potem wróciłem do gabinetu i zadzwoniłem do mecenasa Bojarskiego. Zadzwonił do nas jeszcze tego samego dnia w południe.
Wierzbicki nie przyszedł tamtego dnia do pracy. Udział w przygotowaniu do wyłudzenia – to właśnie ujawniły dokumenty. Mecenas Bojarski musiał udzielić mi dwugodzinnej odpowiedzi, żeby wyjaśnić wszystkie konsekwencje. Przez ponad trzydzieści lat prowadzenia firmy nauczyłem się jednego: sytuacje nie ratują się same.
Okoliczności mogą dać nam szansę, ale to, co z tą szansą zrobimy, zależy wyłącznie od nas. Wróciłem do początku. Do tego, jak Nawrot w ogóle do mnie trafił. Przez pośrednika – mężczyznę, którego znałem z branżowych spotkań.
Powiedział mi, że zna inwestora zainteresowanego sektorem meblowym. Właśnie dlatego był idealny do roli przekaźnika. Mecenas Bojarski włączył jego nazwisko do listy świadków w sprawie. Zaczęliśmy regularne audyty dostępu do informacji poufnych.
To była trudna decyzja, ale konieczna. Nie wrócę do tego. Myślałem, że będę podchodził do tego biurokratycznie, jak do obowiązku. A jednak każdego dnia przypominało mi to, jak łatwo można stracić zaufanie.
Zostaje mi do opowiedzenia jeszcze jedna rzecz. Najważniejsza. To wszystko, co mam do powiedzenia.