Zanim cokolwiek powiedział, Bartek był spokojniejszy, obserwujący. Tamtej nocy nie spałem do świtu. Mógłbym zadzwonić do brata albo przyjaciela ze szkoły średniej i wypowiedzieć to na głos, żeby przestało wirować w głowie jak ostry odłamek szkła. Ludzie nie piszą do siebie w taki sposób po tygodniu ani nawet po miesiącu.

Wszedłem do gabinetu żony, małego pokoju na pierwszym piętrze, który służył jej do pracy zdalnej, i przez kwadrans przeglądałem dokumenty na biurku. W szufladzie, pod stosem wizytówek i starymi paragonami, leżał mały notes, zwykły, w czarnej okładce, zapisany w połowie drobnym pismem Karoliny, które znałem tak dobrze jak własne. Odłożyłem go dokładnie tam, gdzie leżał. Potem zadzwoniłem do Adama Zawadzkiego.
Adam sprawdził każdy przelew co do grosza. Z rachunków oszczędnościowych, które prowadziliśmy jako małżeństwo, przez ostatnie 18 miesięcy zniknęło łącznie ponad 220 000 zł. Dołączył do raportu zdjęcie zrobione z pewnej odległości – Karolina wchodziła do kamienicy na Mokotowie, bez wrony, bez Kowalczyka. Wróciłem tamtego wieczoru do domu tak samo jak zawsze.
Bartek kłócił się z Natalią o pilot do telewizora. Karolina powiedziała spokojnie, przygotowanym głosem, o różnicach nie do pogodzenia, o samotności, którą czuła przez lata, o prawie do innego życia. Nie wspomniała o wronie, nie przyznała się do niczego konkretnego. Adam zbudował naszą odpowiedź – nieśpieszną, niereaktywną, przemyślaną do ostatniego szczegółu.
Natalia weszła do salonu, kiedy tak siedziałem przy oknie. Fizyczny dostęp do mojego laptopa miała tylko Karolina. Zadzwoniłem do Adama natychmiast. Mazurek, informatyk, odnalazł w metadanych plików ślad prowadzący do serwera, który zidentyfikowaliśmy i udokumentowaliśmy.
Przyjechałem do Wrocławia kilka dni później i wróciłem z czymś, czego się nie spodziewałem. Karolina zadzwoniła do mnie pewnego popołudnia. Wyszedłem z tej kawiarni z czymś trudnym do jednoznacznego nazwania. Wieczorem opowiedziałem Adamowi o tej rozmowie.
W sądzie sędzia poprosiła o udostępnienie dokumentu do wglądu. Każdy przelew był poparty dokumentem złożonym do akt – 18 miesięcy, łącznie ponad 220 000 zł. Karolina kiwnęła głową i wróciła do milczenia. Kowalczyk chrząknął i zaproponował powrót do omawianych punktów.
Uśmiechnął się przy tym i wsiadł do samochodu. Karolina przyszła do mnie pewnego wieczoru, kiedy Bartek był u koleżanki. Nie dochodziłem do konkluzji. Nie mam do niej żalu.
Wróciłem do pracy. Były w tej historii rzeczy, z których do końca nie byłem dumny. Spojrzałem na jabłonie – te same, które sadziłem razem z dziećmi kilka lat temu, kiedy Bartek był jeszcze na tyle mały, że traktował to jako zabawę w błocie.