— To tyle, jeśli chodzi o moje towarzystwo — mruknąłem do Runy, która leżała przy piecu. Zielony kubek w niebieskie kwiatki stał na parapecie jak zawsze. Pusty. Jak cała kuchnia.

Od śmierci Zofii minęły dwa lata. Ludzie mówią, że czas leczy, ale ci ludzie chyba nigdy nie zostali sami w domu, który miał być dla dwojga. Runa podnosiła łeb za każdym razem, gdy drewno strzelało w piecu. Może czekała na te same kroki co ja.
Aż tu nagle, w środku listopada, zapukali. Tomek stał w drzwiach z torbami, a za nim Ania z jakimś facetem, którego przedstawiła jako „bardzo dobrego znajomego”. Dzieci rozpierzchły się po domu jak przestraszone wróble. Runa zaczęła kręcić się nerwowo, przechodząc z pokoju do pokoju, jakby czuła, że coś się sypie.
— Dom potrzebuje remontu — usłyszałem gdzieś z korytarza głos Tomka. — Instalacja do wymiany, dach do przeglądu. — Myślałem, że może po prostu przyjechaliście mnie odwiedzić — powiedziałem cicho, ale chyba nikt nie słyszał. Ania zniknęła w kuchni, a po chwili wróciła z telefonem przy uchu.
Perfumy, jasne kozaki, uśmiech, który nie sięgał oczu. Zapytała, czy nie myślałem czasem o sprzedaży domu. Mówiła coś o „nowym etapie” i „dobrze byłoby zacząć od nowa”. Runa wtuliła się w moją nogę, jakby rozumiała każde słowo.
— To tylko zwierzę — rzuciła Karina, gdy próbowałem tłumaczyć, że pies nie może zostać sam. — Tato, no przecież wiesz, jak jest. Wieczorem wszyscy wyjechali. Została cisza.
I Runa. I wspomnienie sprzed trzynastu lat, gdy Zofia wróciła do domu z mokrym, drżącym kłębkiem pod kurtką. „Przynajmniej jedna kobieta w tym domu będzie mnie słuchać” — śmiała się, szorując szczeniaka w misce ciepłej wody. Nie spałem tej nocy.
Runa leżała przy drzwiach, patrząc w ciemność. Kilka dni później Tomek zadzwonił, że jedzie w trasę i wstąpi po drodze. Pojechaliśmy razem. Do domu, który jeszcze stał, ale już nie był nasz.
Runa chodziła po ogrodzie, obwąchiwała każde drzewo, przystawała pod Starą Jabłonią, tam gdzie Zofia siadała latem z herbatą. Patrzyłem na nią z okna i nagle poczułem coś, czego nie czułem od dwóch lat. — No już — powiedziałem, gdy wsiadła do samochodu. — Jedziemy do domu.
Tomek spojrzał na mnie w lusterku. — Wracasz do siebie? — zapytał. Nie odpowiedziałem.
Może dlatego, że nie znałem odpowiedzi. W Olsztynie Ania przygotowała obiad. Mieszkanie pachniało rosołem i proszkiem do prania. Karina przyszła wieczorem, pachnąca zimnym powietrzem i drogimi perfumami.
Usiadła, nie zdejmując płaszcza. Zapytała, czy podpisałem już dokumenty. — Jakie dokumenty? — zapytałem.
— No, dotyczące domu. Tomek mówił, że chcesz go sprzedać. Tomek spojrzał na nią znacząco, ale było za późno. Ania zacisnęła usta.
Karina wywróciła oczami. — No co? Mówiłam przecież, że trzeba z tym ruszyć. Tato, no bądź realistą.
Zapadła cisza. Runa podeszła do moich nóg i położyła łeb na kolanie. Ania wstała i wyszła do kuchni. Karina wyjęła telefon.
Tomek próbował coś powiedzieć, ale machnąłem ręką. — Realistą — powtórzyłem cicho. — Całe życie myślałem, że wychowałem was na ludzi podobnych do Zofii. Nikt nic nie powiedział.
I chyba właśnie wtedy zrozumiałem, że dom to nie ściany. Dom to pies, który czeka przy drzwiach, i wspomnienie kobiety, która śmiała się, że przynajmniej jedna istota w tym domu będzie ją słuchać. Rano spakowałem torbę. Rundę wzięliśmy pod pachę.
Powiedziałem Ani, że wracam do domu, bo jest tam coś, co jeszcze czeka. Nie zapytała, co. Może bała się odpowiedzi. Wsiadłem do samochodu i ruszyłem przed siebie.
Runa siedziała obok, z pyskiem przyciśniętym do szyby. Gdy dojechaliśmy na miejsce, wysiadłem i stanąłem przed starym domem. Drewno w piecu wystygło. Kubek w niebieskie kwiatki stał na parapecie.
Wszystko było tak, jak zostawiłem. Tylko jedno się zmieniło. Wiedziałem już, że nigdy go nie sprzedam.