Siadłem na podłodze w swojej własnej pralni, a przede mną leżała kobieta, która przez dwanaście lat sprzątała mój dom — nieprzytomna, z kartką w dłoni. Myślałem, że znam jej życie. A ona trzymała…

Aleksander sądził, że panuje nad każdym atomem swojego życia. Do wtorku, kiedy wszedł do pralni i zobaczył swoją gosposię leżącą bez ruchu na zimnych kafelkach. Nie był typem, który rano parzy sobie kawę. Miał od tego ludzi.

Thumbnail

Jego dom w Wilanowie był nowoczesną fortecą ze szkła i betonu, gdzie każdy kąt lśnił, a cisza była gęsta. Małgorzata pracowała u niego od dwunastu lat, pojawiała się, gdy wychodził do biura, i znikała w swojej części domu, zanim wrócił. Była jak duch. A on nawet nie wiedział, czy woli herbatę z cukrem, czy bez.

Tego ranka miał spotkanie z inwestorami z Singapuru, kontrakt, który decydował o tym, czy za rok kupi nowy jacht. Włożył białą koszulę i zauważył, że brakuje mu spinek do mankietów, tych z czarnymi diamentami. Przeszukał sypialnię. Nic.

– Małgorzata! – zawołał. Cisza. Zawołał drugi raz, głośniej, czując, jak ciśnienie mu skacze.

Małgorzata nigdy nie ignorowała jego wezwań. W kuchni na blacie stała niedokończona szklanka wody, woda wciąż drgała, jakby ktoś przed chwilą ją postawił. Ruszył w stronę zaplecza. Pralnia była ukryta za ciężkimi dębowymi drzwiami.

Już z korytarza poczuł zapach gorącej pary i detergentu, ale było coś jeszcze – metaliczny zapach strachu. Pchnął drzwi i stanął jak wryty. Małgorzata leżała na podłodze tuż obok wielkiej pralki, która wciąż cicho buczała. Jej ciało było nienaturalnie wygięte, twarz blada jak prześcieradła, które codziennie maglowała.

Aleksander poczuł, jak żołądek podchodzi mu do gardła. – Pani Małgosiu – głos mu zadrżał. Ukląkł na jedno kolano, brudząc drogie spodnie, ale w tej chwili kompletnie go to nie obchodziło. Dotknął jej szyi.

Tętno było słabe, nierówne. Wtedy zauważył, że palce ma kurczowo zaciśnięte na małym, zmiętym kawałku papieru i starej fotografii. Na zdjęciu była młoda kobieta, uderzająco podobna do Małgorzaty, trzymająca na rękach niemowlę. Tło było znajome – stary park w centrum Warszawy, ten sam, obok którego przejeżdżał codziennie swoim majbachem.

Ale to nie zdjęcie odebrało mu mowę. To był ten drugi papier. Nagłówek był wyraźny, gruby: „Ostateczne wezwanie do zapłaty. Koszty leczenia onkologicznego”.

Kwota na dole była astronomiczna. Przez dwanaście lat płacił tej kobiecie pensję, którą uważał za godziwą. Nigdy nie zapytał o jej życie prywatne. Nigdy nie zauważył, że od miesięcy chudnie, że dłonie jej drżą, gdy podaje mu kawę.

Dla niego była robotem do sprzątania kurzu, a ona w tym czasie toczyła wojnę, o której nie miał pojęcia. Drżącymi palcami wybrał 112. Dyspozytorka pytała o adres, o stan poszkodowanej, a on odpowiadał mechanicznie. Nagle zauważył coś, co wcześniej mu umknęło.

Na jej nadgarstku, pod grubym rękawem swetra, który nosiła nawet w upalne dni, wystawała plastikowa opaska szpitalna. Była tam od dawna, zniszczona od wody i mydła. Kiedy przyjechała karetka, ratownicy działali szybko. Aleksander stał w rogu pralni, czując się we własnym domu jak intruz.

Jeden z ratowników, młody chłopak z podkrążonymi oczami, spojrzał na niego z niesmakiem. – Pan jest pracodawcą? – zapytał, zapisując coś w tablecie. – Tak.

Ja nie wiedziałem, że ona jest chora. – Nie wiedział pan. – Ratownik prychnął. – Ta kobieta jedzie na oparach.

Organizm wyłączył się z wycieńczenia i stresu. Ma pan szczęście, że zajrzał pan do tej pralni, bo za godzinę nie byłoby już kogo ratować. Karetka odjechała na sygnale. Aleksander został sam.

Wrócił do pralni, podniósł zdjęcie i list, usiadł na podłodze i zaczął czytać. To nie był zwykły rachunek. To była historia desperacji. Małgorzata od lat wysyłała każdy grosz do kliniki w Niemczech.

Nie dla siebie. Dla córki, o której nigdy nie słyszał. List kończył się sucho: „Przykro nam, ale bez wpłaty kolejnej raty do piątku pacjentka zostanie wypisana”. Piątek był dzisiaj.

Aleksander spojrzał na zegarek. Dziesiąta rano. Jego spotkanie z inwestorami właśnie się zaczynało. Telefon wibrował – asystentka Patrycja pewnie odchodziła od zmysłów.

Odrzucił połączenie, poszedł do gabinetu, otworzył sejf i wyciągnął teczkę z dokumentami pracowników. Małgorzata Anna Nowak. Adres: mała miejscowość pod Warszawą. W rubryce „Osoby do kontaktu w razie wypadku” widniało jedno słowo: Zuzanna.

Córka. Zaczął drążyć. Jako miliarder miał dostęp do informacji, o których zwykli śmiertelnicy mogli tylko pomarzyć. Im głębiej kopał, tym bardziej robiło mu się niedobrze.

Zuzanna Nowak miała dwadzieścia cztery lata. Była utalentowaną studentką medycyny, dopóki trzy lata temu nie zdiagnozowano u niej rzadkiego nowotworu. Małgorzata sprzedała wszystko: mieszkanie, samochód, biżuterię po matce. Zamieszkała w maleńkim pokoiku przy pralni, żeby zaoszczędzić na dojazdach i czynszu.

Aleksander myślał, że po prostu lubi zostawać dłużej w pracy. Wtedy przypomniał sobie tamtą podwyżkę. Dwa lata temu Małgorzata stała przed nim, skubiąc rąbek fartucha, i poprosiła pierwszy i jedyny raz. On nawet nie podniósł wzroku znad iPada.

Powiedział, że budżet domowy jest zoptymalizowany i że inflacja nie uzasadnia gwałtownych skoków płac. Dał jej marne pięćset złotych więcej, myśląc, że jest hojny. Podziękowała ze łzami w oczach. Wtedy uznał, że to wdzięczność.

Teraz wiedział, że to były łzy rozpaczy, bo te pięćset złotych nie starczało nawet na jedną dawkę leku. W gabinecie rozległ się dzwonek. Patrycja przyjechała osobiście. – Szefie, co się dzieje?

Inwestorzy czekają, zarząd panikuje. – Odwołaj spotkanie – powiedział cicho. – Co? To żart, prawda?

Singapurczycy nie będą czekać. Stracimy miliony. – Powiedziałem. Odwołaj to.

I znajdź mi najlepszego prawnika od spraw medycznych w tym kraju. Teraz. Patrycja zamarła. Nigdy nie słyszała go w takim stanie.

– Czy coś się stało komuś z rodziny? – zapytała ciszej. – Tak – odparł Aleksander, patrząc na zdjęcie Małgorzaty z córką. – Komuś, kto był przy mnie dłużej niż ktokolwiek inny, a ja byłem zbyt ślepy, żeby to zauważyć.

Kiedy Patrycja wyszła, wrócił do pralni. Usiadł na małym zydlu, na którym Małgorzata odpoczywała między praniami. W szufladzie pod stosem ścierek znalazł notes. To nie był dziennik.

To był spis wydatków. Każda kromka chleba, każdy bilet autobusowy, każdy gram proszku do prania. A obok, w kolumnie dla Zuzi, widniały kwoty, które sprawiły, że poczuł fizyczny ból. Małgorzata odmawiała sobie jedzenia, żeby kupić córce owoce do szpitala.

Była tam też wklejona karteczka z modlitwą, wytarta od częstego dotykania. Na marginesie jedna linijka: „Panie Boże, daj mi siłę, żeby on się nie zorientował, że słabnę”. Aleksander poczuł, jak po policzku spływa mu łza. Pierwszy raz od pogrzebu ojca, dwadzieścia lat temu.

Zadzwonił telefon. Numer ze szpitala. – Panie Aleksandrze, dzwonimy w sprawie pani Małgorzaty Nowak. Stan jest stabilny, ale pacjentka jest skrajnie wycieńczona.

Odzyskała przytomność na chwilę i powtarza jedno imię. Błaga, żeby nikt nie mówił jej pracodawcy o jej stanie. Boi się, że straci pracę. Aleksander zacisnął dłoń na krawędzi biurka tak mocno, że pobielały mu kłykcie.

– Proszę jej przekazać, że nie musi się o nic martwić. Będę u niej za kwadrans. I proszę przygotować listę wszystkich niezapłaconych rachunków za leczenie jej córki. Wszystkich.

Wyszedł z domu, nie zamykając drzwi. Wsiadł do samochodu i ruszył w stronę szpitala, łamiąc po drodze wszystkie możliwe przepisy. Gdy wpadł na oddział, znalazł salę numer czterysta dwa. Małgorzata leżała podpięta do kroplówki, wyglądając na jeszcze mniejszą niż w domu.

Kiedy zobaczyła go w drzwiach, w jej oczach pojawił się strach. Próbowała się podnieść. – Panie Aleksandrze, ja przepraszam. Ja zaraz wrócę, tylko dokończę kroplówkę.

Koszule są w pralce, trzeba je tylko powiesić. Ja…

– Pani Małgosiu, proszę leżeć. Nic nie trzeba wieszać. – Ale pan ma spotkanie.

Te spinki. Ja ich szukałam. One wpadły za komodę. Ja chciałam je przynieść…

– Spinki nie mają znaczenia.

Nic nie ma znaczenia oprócz tego, żeby pani wyzdrowiała i Zuzanna też. Małgorzata znieruchomiała. Strach w jej oczach zastąpiło osłupienie. – Pan wie?

– zapytała ledwo słyszalnie. – Wiem wszystko. I nienawidzę siebie za to, że dowiedziałem się dopiero teraz. Wyjął telefon i pokazał jej potwierdzenie przelewu, który wykonał siedząc na parkingu przed szpitalem.

Kwota pokrywała nie tylko zaległości, ale cały proces leczenia w najlepszej klinice w Europie, na lata do przodu. Małgorzata patrzyła na ekran, jakby to był obcy artefakt. – Dlaczego? – wykrztusiła.

– Bo przez dwanaście lat dbała pani o mój dom, a ja nie zadbałem o panią. Bo jest pani jedyną osobą, która widziała mnie bez maski sukcesu, a ja traktowałem panią jak cień. To nie jest prezent. To dług, który spłacam z ogromnym opóźnieniem.

Wtedy Małgorzata wybuchła szlochem. To nie był płacz smutku. To był dźwięk pękającej tamy, która przez lata trzymała w ryzach cały jej ból. Aleksander trzymał ją za rękę, czując, jak pancerz, który budował przez lata, rozpada się w proch.

Ale to był dopiero początek, bo gdy trochę się uspokoiła, spojrzała na niego z powagą, która go zaniepokoiła. – Panie Aleksandrze, to co pan zrobił to cud. Ale jest coś, o czym pan musi wiedzieć. Coś, co było w tym drugim liście, tym, którego pan nie doczytał do końca.

Aleksander wyjął zmięty papier z kieszeni. Rzeczywiście, na odwrocie była jeszcze jedna strona, napisana innym charakterem pisma. Zaczął czytać i poczuł, jak krew odpływa mu z twarzy. To nie był list z kliniki.

To był list od kogoś, kogo znał bardzo dobrze. Od Krzysztofa Baryły, swojego największego konkurenta. Człowieka, który od lat próbował go zniszczyć. „Małgorzato, wiemy, że Aleksander nie płaci ci wystarczająco.

Wiemy o Zuzannie. Pieniądze będą na koncie jutro, jeśli tylko dostarczysz nam kody do jego prywatnego serwera. To prosta wymiana. Życie twojej córki za kilka plików, których on i tak nie zauważy”.

Aleksander spojrzał na Małgorzatę. Jej dłoń wciąż drżała w jego dłoni. – I co pani zrobiła? Małgorzata spojrzała mu prosto w oczy.

– Dlatego zemdlałam, panie Aleksandrze. Bo trzymałam ten list i kody, które spisałam z pana biurka tydzień temu. Miałam je wysłać dzisiaj o dziewiątej rano. Ale nie mogłam.

Stałam nad tą pralką i pomyślałam, że wolę, żebyśmy obie umarły, niż żebym miała pana zdradzić. Bo pan mimo wszystko zawsze był dla mnie dobrym człowiekiem. Nawet jeśli pan o tym zapomniał. W tym momencie drzwi sali otworzyły się gwałtownie.

Patrycja wpadła do środka, blada, z telefonem dzwoniącym bez przerwy. – Szefie, mamy problem. Ktoś właśnie włamał się do naszego głównego serwera. To nie była Małgorzata.

To był ktoś z wewnątrz firmy. I szefie, oni nie szukają pieniędzy. Oni szukają czegoś, co dotyczy pani Małgorzaty. – Co ty wygadujesz?

– zapytał. – Co moja firma może mieć wspólnego z moją gosposią? Patrycja przełknęła ślinę, patrząc z lękiem na pacjentkę. – Bo Małgorzata Nowak nie jest tym, za kogo ją pan uważa.

I Zuzanna też nie. Musi pan natychmiast wrócić do domu. Policja już tam jest. Znaleźli coś w ścianie za pralnią.

Coś, co było tam ukryte, zanim pan w ogóle kupił ten dom. Wypadł z sali. W drodze powrotnej w głowie dudniły mu słowa Patrycji. Kiedy dotarł na miejsce, przed bramą stały dwa nieoznakowane radiowozy i furgonetka jego firmy ochroniarskiej.

W pralni na podłodze leżała otwarta stalowa skrzynka. Stara, pokryta rdzą. W środku pliki pożółkłych dokumentów, stare mapy, pamiętnik oprawiony w zniszczoną skórę. – To dokumentacja z lat dziewięćdziesiątych – powiedział technik policji.

– Dotyczy prywatyzacji gruntów, na których stoi ta dzielnica. Projekt Fenix. Aleksander wyciągnął jedną z teczek. Jego wzrok padł na nazwisko, które sprawiło, że serce na moment stanęło.

Jan Nowak. Zaczął czytać gorączkowo. Dokumenty opisywały przejęcie zakładu produkcyjnego, który kiedyś znajdował się na tych terenach. Jan Nowak był głównym inżynierem i pomysłodawcą technologii, która stała się fundamentem potęgi ojca Aleksandra.

Potem padło oskarżenie o defraudację, wyrzucenie z pracy, pozbawienie praw do patentów. Wszystko na podstawie sfabrykowanych dowodów, pod którymi widniał podpis ojca Aleksandra. – Szefie, spójrz na to. Patrycja podała mu wycinek z gazety.

Zdjęcie przedstawiało młodego mężczyznę o łagodnym spojrzeniu. Stał przed domem, który wyglądał jak ta rezydencja, zanim została przebudowana. Obok niego stała młoda Małgorzata, uśmiechnięta, pełna życia, z małą dziewczynką na rękach. Aleksander poczuł mdłości.

Małgorzata nie była po prostu gosposią. Była wdową po człowieku, którego jego rodzina zniszczyła. Przez dwanaście lat sprzątała dom, który w innej rzeczywistości powinien należeć do niej. Myła okna, przez które powinna patrzeć jako właścicielka.

Prasowała koszule synowi człowieka, który doprowadził jej męża do grobu. Marek, szef ochrony, przerwał ciszę. – Sprawdziliśmy logowania do serwera. Ktoś próbował wykraść dane dotyczące projektu Fenix.

Ten ktoś wiedział, że te dokumenty tu są. I to nie była pani Małgorzata. – Kto? – Sygnał pochodził z biura Krzysztofa Baryły – odpowiedziała Patrycja, sprawdzając coś w telefonie.

– Twojego największego konkurenta. Wygląda na to, że on od dawna wiedział o tej skrytce. Próbował szantażować Małgorzatę, żeby mu ją otworzyła. Ona wolała umrzeć ze stresu, niż to zrobić.

Aleksander wszedł do pokoiku Małgorzaty. Nigdy tam nie zaglądał. Na biurku leżał stary zeszyt oprawiony w płótno. Dziennik.

„Przyjęli mnie. Aleksander wygląda tak bardzo jak jego ojciec. Ma te same zimne oczy, kiedy patrzy na wykresy. Serce mi pęka, gdy widzę Zuzię w tym małym pokoju.

Ale musimy tu zostać. Muszę znaleźć te dokumenty, o których mówił Jan przed śmiercią. Muszę udowodnić, że nie był złodziejem”. „Aleksander jest trudnym człowiekiem.

Nie widzi mnie. Jestem dla niego jak mebel. To dobrze. Dzięki temu mogę szukać.

Zuzia pyta, dlaczego mieszkamy w domu bogatych ludzi, skoro oni nas nie lubią. Nie wiem, co jej odpowiedzieć”. „Zuzia zachorowała. Mój świat się zawalił.

Już nie szukam dokumentów. Szukam tylko pieniędzy na kolejną dawkę leku. Baryła do mnie dzwonił. Wie o Janie, wie o skrytce.

Chce, żebym mu pomogła zniszczyć Aleksandra. Powiedziałam mu, że wolę zginąć”. Aleksander zamknął zeszyt. Czuł się, jakby ktoś zdarł z niego skórę.

Ta kobieta, którą uważał za przezroczystą, była strażniczką jego honoru, o który on sam nigdy nie dbał. Chroniła go przed prawdą o jego własnym ojcu, jednocześnie walcząc o życie córki. Wrócił do gabinetu, gdzie czekał mecenas Kwiatkowski, starszy człowiek, który pamiętał czasy, gdy ojciec Aleksandra stawiał pierwsze kroki w biznesie. – Wiedziałeś o tym?

– zapytał Aleksander, rzucając dokumenty projektu Fenix na biurko. Kwiatkowski założył okulary, przejrzał kilka stron i westchnął. – Aleksandrze, to były inne czasy. Lata dziewięćdziesiąte to był dziki zachód.

Twojego ojca nie było stać na sentymenty. Gdyby nie przejął tych patentów, firma nigdy by nie powstała. – Ukradł je! – krzyknął Aleksander, uderzając ręką w blat.

– Ukradł życie człowiekowi, a jego żonę zrobił naszą sprzątaczką. Czy ty w ogóle słyszysz, co mówisz? – Słyszę, że jesteś teraz na szczycie i masz najwięcej do stracenia. Jeśli te papiery ujrzą światło dzienne, twoje akcje spadną do zera.

Inwestorzy wycofają się w sekundę. Zostaniesz z niczym. – Już jestem z niczym – odparł Aleksander ciszej. – Siedzę w domu zbudowanym na kłamstwie, a jedyna osoba, która była wobec mnie lojalna, leży w szpitalu przez moje zaniedbanie.

Patrycja wpadła do gabinetu. – Szefie, Baryła właśnie opublikował oświadczenie. Sugeruje, że przetrzymujesz swoją gosposię wbrew jej woli i że masz coś wspólnego z jej nagłym zniknięciem. Policja pod domem zaczyna dostawać pytania od dziennikarzy.

Aleksander poczuł, jak pętla się zaciska. Baryła nie chciał tylko dokumentów. Chciał publicznego linczu. – Zróbcie konferencję prasową na jutro rano.

Tu, w tym domu. – Oszalałeś? – Mecenas złapał się za głowę. – Sprowadźcie tu Zuzannę Nowak najlepszym transportem medycznym, jaki istnieje.

Ma być pod opieką moich prywatnych lekarzy w skrzydle gościnnym. Od teraz ta rodzina jest pod moją osobistą ochroną. Przez całą noc Aleksander nie zmrużył oka. Siedział w pralni na zimnych kafelkach, czytając dokumenty strona po stronie.

Odkrywał historię Jana Nowaka, genialnego inżyniera, który kochał swoją żonę i wierzył w postęp. Odkrywał mroczną stronę swojego ojca, którego do tej pory idealizował. Nad ranem wiedział już wszystko. Wiedział, że Baryła ma kopię części dokumentów, ale brakuje mu najważniejszego – oryginału umowy, w której ojciec Aleksandra przyznaje się do szantażu.

Ten dokument był na samym dnie kasetki, ukryty w podwójnym dnie. Kiedy wybiła dziewiąta, przed rezydencją stały dziesiątki wozów transmisyjnych. Aleksander stał w gabinecie, poprawiając mankiety koszuli – tych samych, do których Małgorzata znalazła spinki za komodą, zanim straciła przytomność. – Jesteś gotowy?

– zapytała Patrycja. – Nie. – odpowiedział szczerze. – Ale to nie ma znaczenia.

Wyszedł do salonu, gdzie ustawiono mikrofony. Widział twarze dziennikarzy, głodne sensacji, czekające na upadek giganta. Widział też Krzysztofa Baryłę, który stał w tłumie z triumfującym uśmiechem. – Dzień dobry państwu – zaczął spokojnym, mocnym głosem.

– Zebraliśmy się tu, ponieważ w ostatnich godzinach pojawiło się wiele spekulacji na temat mojej firmy i moich pracowników, szczególnie jednej osoby – pani Małgorzaty Nowak. Baryła skrzyżował ręce, czekając na kłamstwa. Aleksander nie spojrzał na prawnika. – Chciałbym państwu kogoś przedstawić.

Drzwi z boku otworzyły się i na wózku inwalidzkim wjechała młoda, blada dziewczyna o pięknych, mądrych oczach. Zuzanna. Obok niej szła Małgorzata, blada, ale wyprostowana, ubrana w elegancką sukienkę. W tłumie wybuchło poruszenie.

– To jest pani Małgorzata Nowak i jej córka Zuzanna – powiedział Aleksander, a jego głos zadrżał po raz pierwszy. – Pani Małgorzata nie jest moją pracownicą. Od dzisiaj jest moją wspólniczką. Baryła pobladł.

Uśmiech zniknął z jego twarzy, jakby ktoś zmazał go gumką. – Wczoraj w tym domu odkryto dokumenty, które rzucają nowe światło na historię mojego sukcesu – kontynuował Aleksander, podnosząc teczkę. – Dokumenty te dowodzą, że fundamentem mojej firmy jest praca Jana Nowaka. Praca, która została mu odebrana w sposób nieuczciwy przez mojego ojca.

Na sali zapadła cisza tak głęboka, że słychać było oddechy. – Nie mogę naprawić przeszłości. Nie mogę przywrócić życia Janowi Nowakowi. Ale mogę oddać sprawiedliwość jego rodzinie.

Przekazuję czterdzieści dziewięć procent udziałów w mojej firmie na rzecz fundacji imienia Jana Nowaka, którą zarządzać będą Małgorzata i Zuzanna. A co do pana, panie Baryła – Aleksander wskazał palcem na konkurenta, który próbował wycofać się z tłumu – mam dowody na to, że próbował pan szantażować chorą kobietę i włamać się do moich prywatnych systemów. Moi prawnicy właśnie składają zawiadomienie do prokuratury. Baryła chciał coś powiedzieć, ale dziennikarze rzucili się w jego stronę.

Chaos, który miał zniszczyć Aleksandra, pochłaniał jego wroga. Kiedy konferencja się skończyła, Aleksander podszedł do Małgorzaty. Patrzyła na niego z niedowierzaniem. – Dlaczego pan to zrobił?

Przecież pan stracił miliardy. – Nie, pani Małgosiu – odparł, uśmiechając się smutno. – Ja je dopiero dzisiaj zarobiłem. Pierwszy raz w życiu czuję, że te pieniądze naprawdę do mnie należą, bo nie są już obciążone długiem, którego nie dało się spłacić.

Zuzanna chwyciła go za rękę. – Tata byłby z pana dumny. Patrycja podeszła z tabletem. – Szefie, jest coś jeszcze.

W dokumentach na samym końcu była notatka od Jana Nowaka, napisana tuż przed śmiercią. Napisał, że wybacza twojemu ojcu, bo wierzy, że syn naprawi błędy ojca. I w kasetce był jeszcze jeden klucz – do skrytki w banku w Szwajcarii. Aleksander spojrzał na mały, mosiężny klucz z wygrawerowanym numerem.

– Co tam jest? – Tego nie wiemy. Ale Jan napisał, że to jest prawdziwy skarb projektu Fenix. I że tylko Małgorzata będzie wiedziała, jak go użyć.

Małgorzata spojrzała na klucz i nagle jej twarz rozjaśniła się w dziwnym, tajemniczym uśmiechu. – To nie są pieniądze, Aleksandrze. To jest coś, co zmieni nie tylko twoją firmę, ale i cały świat. Jan nad tym pracował do ostatniej minuty.

Ale żeby to otworzyć, musimy pojechać tam razem. W tym momencie zadzwonił telefon Aleksandra. To był Marek, szef ochrony. – Panie Aleksandrze, mamy problem.

Ktoś właśnie próbował włamać się do pokoju pani Małgorzaty w szpitalu. Myśleli, że ona wciąż tam jest. To nie byli ludzie Baryły. To był ktoś z rządu.

Aleksander poczuł, jak dreszcz przebiega mu po plecach. Zrozumiał, że projekt Fenix to nie tylko stare patenty i rodzinne waśnie. To było coś znacznie większego. Coś, co sprawiało, że potężni ludzie byli gotowi zabijać.

– Pakujcie się – rzucił krótko. – Wyjeżdżamy za godzinę.